wtorek, 2 grudnia 2014

2 lata!

3 komentarze:


Tak wiele ostatnio się u mnie dzieje, że naprawdę nie mam czasu tu zaglądać, a co dopiero pisać. Czytam, może mało, ale zawsze. Jednak nie dziś o tym...
Minęły już dwa pełne lata. 730 dni. Masa wieczorów spędzonych na czytaniu, jeszcze więcej nieprzespanych nocy ze względu na papierowych przyjaciół. To co dzięki blogowi poznałam i to czego doświadczyłam jest bezcenne. Tyle wspaniałych chwil i momentów, których nie potrafię opisać słowami. I mnie i Was nie obchodzą statystyki, więc nie będę ich tu pisać. Dziękuję każdemu, nie będę nikogo wyróżniać. Liczą się gesty (śpiewanie sto lat przed pp :D ) i wspaniałe słowa. Mam nadzieję, że przed nami jeszcze wiele takich lat i książek, i recenzji, i chwil, w których czujemy się nieskończonością...

niedziela, 2 listopada 2014

#129 - "Chłopcy" - Jakub Ćwiek

6 komentarzy:





Tytuł: Chłopcy
Autor: Jakub Ćwiek
Okładka: miękka
Ilość stron: 301
Cena detal.: 34,90 zł
Wydawnictwo: SQN
Wydanie: 2012 rok



Polscy autorzy. Jak często sięgacie po ich twórczość? Robicie to chętnie? Z własnego doświadczenia powiem Wam, że u mnie jest różnie. Spotkałam się z wieloma fajnymi i oryginalnymi pomysłami na książkę, która niestety została słabo wykonana, przez właśnie polskiego pisarza. Po kilku rozczarowaniach postanowiłam, iż najpierw poważnie zastanowię się, czy chcę przeczytać daną polską książkę, a dopiero później spróbuję do niej podejść i ją poznać. Istnieją jednak wyjątki... O Jakubie Ćwieku słyszałam bardzo dużo: polski król fantastyki, ulubiony pisarz młodego pokolenia. To wszystko sprawiło, iż jego książkę wzięłam w ciemno, nie zastanawiałam się wiele, już miałam tę pozycję w swoich rękach.

Chłopcy jest zbiorem opowiadań o gangu motocyklowym, którego celem jest przetrwanie, ale przede wszystkim dobra zabawa! Pod wodzą zabójczo seksownej Dzwoneczek przeżywają wiele przygód, godnych poznania. A jak ich rozpoznać? Wsłuchajcie się w ryk silników, huk wystrzałów i głośne: Bangarang, a na pewno będą to Zagubieni Chłopcy.

Twórczość Jakuba Ćwieka kojarzy mi się z alternatywą. Z czymś nowym, nietypowym, ale jednak tak banalnym i zaskakującym. Poznając kolejne przygody tego motocyklowego gangu, zadałam sobie pytanie "Dlaczego nikt wcześniej na to nie wpadł?". Jak widać tylko spod pióra polskiego, obiecującego i wspaniałego autora, mogło wyjść coś takiego. 

"BANGARANG!" 

Ale czy na pewno jestem wielką fanką Chłopców? Spodziewałam się czegoś innego, a jak wszyscy z nas, rozczarowań nie lubię. Książka nie przemówiła do mnie tak, abym zatracała się w niej bez końca. Pomysł, wykonanie, bohaterzy, wszystko było na swoim miejscu, jak najbardziej dobrze wykonane i wykreowane. Jednakże, książka musi mieć w sobie takie coś, co przyciągnie do siebie czytelnika i sprawi, że będzie on wracał myślami do jej fabuły po skończeniu lektury. Nie potrafię tego nazwać, ale jestem pewna, że wiecie o co mi chodzi. Z przykrością stwierdzę, że w książce Chłopcy Jakuba Ćwieka tego zabrakło. 

Nie potrafię określić grupy odbiorów tej książki. Myślę, że i chłopcy i dziewczęta znajdą w niej coś co ich zaciekawi. Nastolatkowie, tak samo jak dorośli, z chęcią poznają przygody Chłopców. Fani fantastyki, jaki i fani obyczajówek, zauroczą się w tym nietypowym gangu. Dlatego decyzję pozostawiam Wam, ponieważ z ciekawością dowiem się, czy znaleźliście w tej książce to coś.

Podsumowując. Lektura nie była zła, miło spędziłam przy niej czas, jednakże nie będę go wspominać. Dlaczego? Najistotniej w świecie nie ma czego. Jedynie bardzo ładne wydanie tej książki, które stoi na mojej półce, będzie przypominać mi o tym, ze dane było mi zapoznać się z przygodami Chłopców. W porównaniu do innych książek polskich autorów, ta zdecydowanie się wyróżnia. Jeśli koniecznie upieracie się, aby poznać trochę ojczystych powieści, to tę polecam Wam zdecydowanie. Być może odnajdziecie w niej coś, czego mi dane nie było znaleźć. 

MOJA OCENA: 6/10

                                                                                         Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu SQN

sobota, 25 października 2014

Po drodze do sukcesu, zgubiliśmy przyjemność...

5 komentarzy:
Na co czekacie cały dzień? Na minięcie znienawidzonej lekcji. Na powrót do domu. Na chwilę wolnego czasu, w której robimy po prostu piękne i długo wyczekiwane... nic? Czy może coś innego?

Poszłam do szkoły, do której chcę chodzić, naprawdę. Należę do tych szczęśliwców, którzy pomimo wczesnego wstawania, stresu związanego ze sprawdzaniem naszej wiedzy oraz lekcji, których po prostu nienawidzimy, lubią chodzić do szkoły. Od kilku tygodni utrzymuję nastrój, który mówi mi, że to jest właśnie to co chcę robić, to są ludzie, z którymi chcę spędzać czas i miejsce, w którym chcę przebywać. Wielu z Was może być zdziwiona, ale to jest właśnie mój sposób na codzienną i (nie) szarą rzeczywistość. Więc na co czekam? Fakt, staram się cieszyć chwilą, jednakże lekcje znienawidzonego polskiego lub mało lubianej historii, nie należą do tych ulubionych. Zazwyczaj w takich momentach odpływam gdzieś wraz z moimi marzeniami lub myślę i wyczekuję chwili, którą będę mogła poświęcić książce. 

Kocham czytać. Jest to moja pasja, hobby, życie, sposób na nudę i oderwanie się od rzeczywistości. Blog pozwala mi to rozwijać, każda dobra polecona książka to niezapomniana chwila, każda nowa współpraca to możliwość poznania miliona miejsc i bohaterów, a każda przeczytana recenzja to pewne wyrobienie sobie gustu czytelniczego, który pełni ważną rolę w życiu książkoholika. Jednak między spełnianiem marzeń, tych czytelniczych i recenzenckich, jest bardzo cienka, ale to bardzo, niczym pojedynczy włos, granica między czerpaniem przyjemność z tego co się robi, a pracą, która jest rutyną.

Od pewnego momentu zauważam, iż w blogosferze książkowej jest bardzo popularne chwalenie się swoimi osiągnięciami. Nie uważam tego za złe, bardzo miło czyta mi się o szczęściu innych oraz motywuje mnie to do polepszenia swojego bloga, do samorealizacji i pracowaniem nad sobą, lecz kiedy na blogu/fp/instagramie jest to co drugi post, coś jest nie tak. Niektórzy to wszystko traktują jako pracę, coś do "odhaczenia", nie wkładając w to serca. Przeczytałam/łem tyle książek w tym miesiącu, mam tylu nowych obserwatorów, a odwiedziny mojego bloga wzrosły o 50%. Kogo obchodzą statystyki!? Liczy się sama satysfakcja, szczere szczęście i zadowolenie. To nie są żadne wyścigi, nie należy pokonywać samych siebie, poświęcając przyjemność z czytania, bo przecież wszystko jest na czas, im więcej tym lepszy ze mnie recenzent...

Stań w miejscu. Zastanów się, czy pisanie recenzji sprawia Ci przyjemność? W swoim blogowym życiu sama miałam chwilę, w której nie chciałam pisać i po kilku próbach zawiesiłam bloga, ponieważ egzaminy były ważniejsze. Czy coś się przez to stało? Nie, jednak dzięki temu powróciła ta przyjemność z blogowania i recenzowania. Dlatego nie rozumiem blogów, które nastawione są tylko na zyski, tylko na darmowe egzemplarze, a przyjemność jest drugorzędną sprawą. 


Rozwijając swoją pasję, macie możliwość zawarcia współprac recenzenckich i nigdy nie mylcie tego z pojęciem, iż zawierając współprace, macie możliwość rozwijać swoją pasję, ponieważ wtedy ona po prostu umrze i stanie się rutyną.


niedziela, 19 października 2014

#128 - "Przegląd Końca Świata: FEED" - Mira Grant

3 komentarze:





Tytuł: Przegląd Końca Świata: FEED
Autor: Mira Grant
Okładka: miękka
Cena detal.: 34,90 zł
Ilość stron: 490
Wydanie zagraniczne: 2011
Wydanie polskie: 2012 
Wydawnictwo: SQN



Przyszłość. Nikt z nas nie wie jak będzie wyglądać. Nie mamy bladego pojęcia czy będzie nam dane ją poznać, a nawet jeśli, to co nas czeka? Lepsze, czy gorsze życie? Wierzymy, że ludzkość pójdzie do przodu, elektronika zostanie udoskonalona, a naukowcom uda się wynaleźć lek na śmiertelne choroby. Nikt z nas nie zakłada czarnego scenariusza. Kiedy coś pójdzie nie tak. Kiedy życie nie będzie łatwiejsze. Kiedy nowo powstały wirus przejmie kontrolę nad ciałami i umysłami, wydając tylko jedno polecenie: jedz! Główni bohaterowie: Georgia i Shaun Masonowie starają się pokazać prawdę taką jaka jest, dzięki swojemu blogowi ukazują światu to czego nikt inny nie chce mu powiedzieć. Stają przed wielką szansą relacjonowania kampanii wyborczej. Jednak nie wszystko może zakończyć się dobrze...

O serii Przeglądu Końca Świata zrobiło się dość głośno, a wszystko to przez premierę jej ostatniego tomu. Byłam ciekawa jak bardzo książki o takiej fabule, takim opisie i pozytywnych recenzjach, które zbierają, są dobre. Sięgnęłam, poznałam Georgię, Shauna, ich bloga oraz Zombie. Pierwszy tom tej sagi, czyli FEED, upewnił mnie w zapewnieniach innych, iż seria ta jest wspaniała, bardzo wciągająca, a przede wszystkim zaskakująca. Pełna zwrotów akcji, dynamicznej fabuły oraz wspaniale wykreowanych bohaterów sprawia, iż nie możemy się od niej oderwać. Ja zostałam bardzo mile zaskoczona, już przy pierwszym tomie, a z entuzjazmem i ochotą podchodzę do dalszych części. Lektura naprawdę chwyta za serce. Jest nieobliczalna, zaskakująca i w każdym momencie może nas zamurować. Po jej skończeniu było mi po prostu smutno, nie z powodu, że jest to koniec pierwszego tomu, jednak wydarzenie w nim zawarte bardzo mną wstrząsnęły. Wszystkie przemyślanie zostały wprowadzone do fabuły i w odpowiednich momentach wkradały się do mojego serca, ściskając je z całej siły.

Pierwsze słowo jakie po lekturze tej książki przychodzi mi na myśl to oryginalność. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z tak dość ciekawą i nietypową fabułą. Fakt, zawierała w sobie popularne wątki, jednak całościowo, na tle innych książek tego typu, wypadła bardzo dobrze. Zgadzam się ze stwierdzeniem, które możemy przeczytać na skrzydle okładki, iż pozycja ta zasługuje na tytuł  najoryginalniejszej historii roku 2012, ponieważ zdecydowanie się wyróżnia. 

To pierwsza książka, w której spotkałam się z tematem zombie. Chciałam przekonać się czy ten wątek, który dość kobiecy nie jest, może mnie zaciekawić. Bo co w tym może być fajnego? Kilku bohaterów, zmarli, którzy powstali z grobów i aż 490 stron książki. Jednak nie należy oceniać książki po okładce, ba, nawet po opisie fabuły, która przez liczne recenzje i słabą silną wolę niestety poznałam.  Przegląd Końca Świata: FEED przekonał mnie do tego typu książek i już dziś wiem, że z chęcią dokończę tę serię, jak i zacznę kolejne z ciekawym przedstawieniem walki, bądź obcowania z zombie. 

Podsumowując. Polecam męskim, jak i żeńskim czytelnikom, ponieważ książka ta nadaje się dla każdego. Bardzo oryginalna fabuła i świetnie zarysowani bohaterzy przypadną Wam do gustu. Przegląd Końca Świata: FEED sprawił, że kilka jesiennych wieczorów stało się zaskakującym i emocjonalnym czasem. Z pewnością sięgnę po następne tomy tej sagi, poznam zakończenie, a Was wszystkich serdecznie zachęcam abyście sięgnęli i być może tak jak ja - zaciekawili się całym światem zombie, ale również światem poświęcenia, miłości i chwil, które zdecydowanie nie są usłane różami. 

MOJA OCENA: 9/10

poniedziałek, 29 września 2014

#127 - "Amy moja córka" - Mitch Winehouse

4 komentarze:





Tytuł: Amy moja córka
Autor: Mitch Winehouse
Okładka: miękka
Ilość stron: 301
Cena detal.: 39,90 zł
Wydawnictwo: SQN
Wydanie: 2012 rok







Amy Winehouse - kontrowersyjna, bardzo utalentowana i dość popularna piosenkarka. Jej głos znany jest większości społeczeństwa, jej piosenki zdobyły popularność wśród młodych odbiorców muzyki, a na koncertach zjawiały się tłumy. Jednak coś innego sprawiało, że nazwisko tej artystki dość często widniało na pierwszych stronach gazet. Media donosiły o hucznym życiu Amy, o jej uzależnieniach i zachowaniach, które nie zawsze były przemyślane. Lecz teraz powinniśmy postawić sobie pytanie: ile w tym wszystkim prawdy? Przecież wiadomo, ze prasa dość często podkolorowuje fakty, aby sprzedać dany numer z większym zyskiem. Dlatego postanowiłam sięgnąć po biografię tej piosenkarki, nie byle jaką, ale napisaną przez bardzo bliską jej osobę - Mitcha Winehousa - ojca Amy. Być może nie zaliczam się do największych i najwierniejszych fanek Amy, to jednak szanuję jej muzykę i z chęcią czytałam anegdoty z jej życia, związku lub koncertów tej gwiazdy.

"You go back to her
And I go back to....."


Książka składa się z dwudziestu jeden rozdziałów, które zaciekawiają czytelnika, chwytają go za serce, a przede wszystkim dostarczają mu wielu informacji na temat życia oraz twórczość Amy Winehouse. Pomiędzy czytaniem, możemy obejrzeć wiele fotografii z kilku etapów życia tejże piosenkarki. Uważam to za bardzo fajny element tej biografii i chociaż w tych, które do tej pory czytałam również występowały takie zdjęcia, to jednak te były najciekawsze. 

"Kocham, by żyć... i żyję by kochać"


Amy Winehouse należy do osób, które po prostu są zagadką. Ich twórczość bardzo tajemnicza, ale również inspirująca, daje odbiorcom wiele do myślenia. Cała biografia nasiąknięta jest największymi emocjami i uczuciami jakie tylko ojciec mógł zostawić na kartkach książki o własnej córce. Ich dobry kontakt, ale również i wielka przyjaźń, pozwoliły napisać Mitchowi tak osobistą i przemyślaną książkę. W każdym momencie, czy to szczęśliwym, czy też krytycznym, Amy polegała na swoim ojcu, zwierzała oraz dzieliła się z nim swoimi obawami lub szczęściem. Był obecny w każdej ważnej sytuacji z jej życia. To wszystko pomogło mu w napisaniu tak dobrej, przede wszystkim szczerej i prawdziwej biografii swojej własnej córki. W momentach kiedy zachowała się ona niewłaściwie pisał o tym, nie starał się pokazać jej w jaki najlepszym świetle, przedstawił czytelnikowi jak było naprawdę, jaką decyzję - dobrą czy złą - podjęła jego córka i jak on sam sobie z tym radził. Tą szczerością i prawdziwością podbił moje serce, ponieważ pomogło mi to w innym spojrzeniu na Amy.  

"My daddy thinks I'm fine"


Z chęcią poznałam Amy Winehouse z innej strony. Książkę czytało mi się przyjemnie, każdy rozdział był inny, ale przede wszystkim ciekawy. Jak już wspomniałam, nie jestem wielką fanką Amy, lecz myślę, że jej historia nie jest zarezerwowana tylko dla tych najwierniejszych odbiorców jej twórczości, ale dla każdego. Książka ta oprócz opisów koncertów, sytuacji kiedy powstały jej największe hity czy po prostu anegdot z życia tej gwiazdy, zawiera w sobie wielkie pouczenie. Ukazuje nieocenzurowaną historię walki z nałogami oraz z toksycznym związkiem. Czytanie tego wprawiało mnie chwilami w osłupienie, bądź zszokowanie, ale to ukazało również, iż życie gwiazd nie jest usłane zawsze różami, jak wszystkim nam się zdaje, przeciwnie, jest ono trudniejsze. Myślę, że Amy pokazała tym, że potrafi znieść wiele i walczyła ona do samego końca, lecz jak wiadomo, nie wygrała tej walki. Dlatego nie zależnie, czy kochasz muzykę Amy, czy też jej nienawidzisz, bądź jest ona Ci obojętna, zachęcam Cię do przeczytania tej książki. Dzięki niej poznasz dość popularną gwiazdę, ale również dowiesz się o jej walce z uzależnieniami, która dość tragiczna, to jednak jest bardzo pouczająca.

Cały dochód ze sprzedaży tej książki autor przekazuje na rzecz Amy Winehouse Foundation.



MOJA OCENA: 8/10 


Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu SQN

niedziela, 14 września 2014

5 minut czytania dziennie!

14 komentarzy:


Zaczęło się. Nie wiem jak Wy, ale ja po tych 2  tygodniach szkoły już jestem zmęczona. Czy to nowi nauczyciele, nowa klasa, nowa szkoła, czy po prostu profil jaki wybrałam (mat-fiz-inf, nie każdy recenzent jest humanistą :D), ale po tych 10 dniach nauki jedyne o czym marzę w piątki to spanie. Co będzie dalej? Kiedy dojdą testy i kartkówki? Czuję, że wtedy i na spanie będzie mało czasu. Jednak kolejna rzecz jaka mnie martwi to brak chwili w ciągu dnia, którą mogłabym poświęcić mojemu hobby - czytaniu i blogowaniu. Dlatego dziś chciałabym przedstawić Wam krótki plan zorganizowania czasu i być może sami z tego skorzystacie, lub podzielicie się swoimi radami :)

1. Chociaż 5 minut!
Taka zasadę wyznawać będę gdy na nic nie starczy czasu. Czy to 5 minut przed spaniem, czy przed nauką, będę starała się przeczytać chociaż kilka (naście?) stron, aby nie stać w miejscu i na chwilkę zapomnieć o tym wszystkim.

2. W międzyczasie.
Tą zasadę stosuję od ponad dwóch lat i dzięki niej wszystko idzie mi jakoś szybciej. Ustalam co zrobić mam danego popołudnia (wypisuje to w punktach) i za każdy odhaczony punkt, pozwalam sobie na krótką przerwa, czyli tak zwaną "nagrodę", w postaci przeczytania 10 stron danej książki. To motywuje mnie, aby się nie lenić i w miarę moich możliwości wypełniać postawione przez siebie punkty. Dzięki temu mogę przeczytać nawet 100 stron i tego nie odczuć.

3. W drodze!
Ta zasada jest chyba wszystkim dobrze znana. Do nowej szkoły dojazd zajmuje mi około 20-30 minut. Przecież to 30 stron książki! Haczyk jest oczywiście taki, że w porannych autobusach jest po prostu za duży tłok i nie zawsze znajdzie się miejsce siedzące :)

4. Do 20.
W domu najpóźniej jestem około godziny 15:30. Staram się wtedy zmotywować do nauki, aby o godzinie 20 (wy oczywiście możecie wybrać inną porę) mieć wszystko zrobione. Gdy już nadejdzie ta wyczekiwana pora, robię duży kubek herbaty, zakopuję się w kołdrze i czytam, aż nie będę senna.


5.W szkole.
Zdarzało się Wam czytać książki w szkole? Ja całe gimnazjum spędziłam na przerwach z książkami. Zawsze mam przy sobie książkę, ponieważ doświadczenie nauczyło mnie, iż każdego dnia mogę spóźnić się na autobus lub mieć wolną lekcje, a to idealny czas do zanurzenia się w świetniej lekturze. W liceum jeszcze nie praktykowałam tego, ale to chyba przez tę potrzebę zaaklimatyzowania się i mam nadzieję, że niedługo znajdę tę chwilkę aby poczytać na przerwie jakąś fajną książkę :)

To moje 5 rad, które mi pomagają pogodzić naukę z czytaniem. Mam nadzieję, że chociaż któryś Was zainspiruje, bądź pomoże. Jeśli sami macie jakieś sposoby na naukę i czytanie - pochwalcie się nimi!

czwartek, 4 września 2014

#126 - "Historia pewnej dziewczyny" - Lindsey Kelk

6 komentarzy:




Tytuł: Historia pewnej dziewczyny
Autor: Lindsey Kelk
Okładka: miękka
Ilość stron: 446
Cena detal.: 32,90 zł
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Wydanie oryginalne: 2013 rok
Wydanie polskie: 2014 rok







Straciłam pracę. Straciłam miłość mojego życia. Matka się do mnie nie odzywa. Przyjaciółka jest na mnie nieziemsko wkurzona. A współlokatorka prawdopodobnie wyrzuci mnie z domu. Wszystko poszło nie tak. Tess Brookes wszystko miała precyzyjnie zaplanowane. Ale kiedy plan się sypie, jest zmuszona ułożyć sobie życie od nowa... Po przypadkowo odebranym telefonie do jej współlokatorki, Vanessy, uznaje, że skoro bycie Tess nie wychodzi jej zbyt dobrze, to mogłaby spróbować być Vanessą. Nie mając nic do stracenia, przyjmuje zlecenie na sesję zdjęciową na Hawajach – jest fotografem amatorem, więc co w tym trudnego? Wkrótce jednak Tess wpada w poważne tarapaty. A współpracujący z nią zabójczo przystojny dziennikarz, który jasno daje do zrozumienia, jakie ma wobec niej zamiary, okazuje się egoistycznym potworem. Daleko od domu i z cudzą tożsamością, Tess musi zdecydować: walczyć czy przyznać się i uciekać…

Wakacje chciałam zakończyć z jakąś fajną, miłą i przyjemną książką, która rozweseli i chociaż troszkę poprawi humor w ostatnie dni wolności. Historia pewnej dziewczyny od początku dawała wrażenie nie zobowiązującej, mało ambitnej, ale dość wciągającej lektury. Już po samym opisie byłam bardzo ciekawa historii Tess, której od początku wiernie kibicowałam, dlatego zdecydowałam się, aby poznać tę książkę. Od pierwszych stron wiedziałam już, że nie będzie to zmarnowany czas oraz byłam zadowolona z mojego wyboru.

Książkę czytało mi się przyjemnie. Jak zakładałam, była ona lekką lekturą, a strony przewracałam w zastraszająco szybkim tempie. Historia Tess bawiła mnie na każdym kroku, ale przede wszystkim uczyła jak nie postępować w kryzysowych sytuacjach. Dzięki wielu przygodom tej zagubionej bohaterki dowiedziałam się bardzo dużo o życiu, które potrafi zaskakiwać.

Nigdy wcześniej nie spotkałam się z twórczością Lindsey Kelk, czego bardzo żałuję. Po zamknięciu książki miałam ochotę na więcej: nauki przez humor, lekkiego pióra i po prostu świetnej zabawy. Autorka przez tę książkę pokazała, iż potrafi napisać coś bardzo dobrego. Jestem ciekawa kolejnych jej dzieł, ponieważ dzięki Historii pewnej dziewczyny postawiła ona wysoką poprzeczkę jeśli chodzi o ogólne zainteresowanie lekturą. Czasami każdy z nas ma ochotę na odmóżdżającą książkę, przy której po prostu będziemy się świetnie bawić. Po tym dziele Lindsey Kelk, jestem stu procentowo pewna, iż ta pozycja spełnia wszystkie nasze oczekiwania, jeśli chodzi o mało ambitne lektury,

Zakończenie książki było koszmarne. K O S Z M A R N E. Nie chcę zdradzać Wam całego tego przedstawienia, jednak powiem, że było ono po prostu... otwarte. Nienawidzę otwartych zakończeń. Kiedy nie dowiadujemy się o ostatecznym wyborze, o czymś na co czekaliśmy całą książkę/serię i nigdy już nie poznamy odpowiedzi na jedno, ważne pytanie, które zadawaliśmy sobie przez całą książkę. Historia pewnej dziewczyny właśnie tak się zakończyła, co mnie oszołomiło, zmartwiło i zaskoczyło. Nie byłam do końca na tak i chyba dalej nie jestem. Spodziewałam się czegoś innego i po prostu się zawiodłam, ponieważ ogólnie książka wypadła dobrze.

Podsumowując. Jeśli jeszcze jesteście ciekawi, czy polecam wam tę książkę, moja odpowiedź brzmi - tak. Pomimo zakończenia, które mnie nie zaciekawiło i rozczarowało, Historia pewnej dziewczyny jest dobrą książką, przy której świetnie się bawiłam. Więc jeśli szukacie czegoś lekkiego, co będzie czystą zabawą - polecam, ponieważ naprawdę warto.

MOJA OCENA: 9/10

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka
Za szablon serdecznie dziękuję Krystianowi :D