wtorek, 30 grudnia 2014

5 komentarzy:
Jesteście gotowi?


Nie chcę zaczynać tego postu od słów "Kiedy to zleciało?", ale naprawdę jestem w szoku tym jak szybko leci czas. Jak zaskakujące bywa życie. I to jak wiele mnie spotkało w tym roku, który niestety (lub stety) już odchodzi. 

W 2014...

Nie przeczytałam tylu książek co w 2013 (100). Ale dane było mi poznać naprawdę fajne i zaskakujące pozycje. Przeczytałam ich tylko (a może aż?) 54, ale czy to ma jakieś znaczenie? Czytałam wtedy kiedy mogłam, kiedy miałam na to ochotę, czas i możliwość. Pocieszające jest to, iż kilkukrotnie pobiłam rekord tego ile powieści przeczytał "typowy Kowalski", a to co poznałam, zapamiętałam i ile się z tego nauczyłam należy tylko i wyłącznie do mnie :)

Rok nie należał tylko do czytania książek. Uczestniczyłam w III Białostockich Targach Książki (relacja), które bardzo miło wspominam i już odliczam dni do kolejnych. Napisałam egzaminy gimnazjalne, których potwornie się bałam (z perspektywy czasu dostrzegam jaka byłam głupia, to nic strasznego). Na wakacjach miałam możliwość spotkać się po raz pierwszy z Asią - nie tylko czytelniczką mojego bloga, ale również bliską koleżanką. Dostałam się do wymarzonego liceum na profil politechniczno-inżynierski i jestem z tego powodu bardzo dumna. Być może nauka czasami zabiera mi czas na czytanie, ale jestem bardzo zadowolona i gdybym miała wybierać raz jeszcze - poszłabym do tej samej szkoły. Razem z nowym liceum, poznałam wspaniałych ludzi, z którymi uczęszczam do tej samej klasy. Każdy dzień w szkole wraz z nimi jest o wiele przyjemniejszy. Oprócz tego w 2014 roku mogłam wreszcie poznać filmową wersję Gwiazd Naszych Wina oraz Kosogłos cz. 1. Były to premiery, których wyczekiwałam i zdecydowanie nie wyszłam zawiedziona z kina. W tym roku spróbowałam tak dużo rzeczy: od niebieskich włosów po naukę podstaw programowania w języku C++ (mól książkowy na rozszerzonej informatyce). Gdyby ktoś 12 miesięcy temu powiedziałby mi o tym, zdecydowanie usłyszałby tylko mój głośny śmiech.




W 2015...

Planuję o wiele więcej (w miarę możliwości) czytać. Mobilizować się do regularnego recenzowania oraz w miarę przystopować z kupnem książek. Chcę się rozwijać. Nie tylko książkowo, ale również "życiowo". Myślę, że ten rok będzie dobry czasem na wiele, wiele zmian (ha ha ha, zobaczymy jak to będzie). Wzięłam udział w wyzwaniu Przeczytam 52 książki w 2015 roku (Wy też możecie wziąć udział - tu), ale wiecie co? Planuję o wiele więcej. Chcę więcej spać, mniej korzystać z internetu, więcej oddychać i po prostu żyć. Nie narzekać, nie marudzić, nie być smutną. Być szczęśliwą i codziennie doceniać ludzi jakich mam. 

A Wam...

Chcę złożyć najserdeczniejsze życzenia, aby ten rok był zaskakujący, bardzo "czytelniczy" i przede wszystkim dobry. Abyście mieli mało problemów i dużo papierowych (nie tylko!) przyjaciół. Wielu niezapomnianych chwil, które będzie wspominać przez długie, długie lata i oczywiście, aby wszystkie Wasze postanowienia noworoczne się spełniły. Wspaniałej imprezy sylwestrowej (moja zapowiada się świetnie) i miłej końcówki przerwy świątecznej ;)

Prawdopodobnie wezmę w tym udział, zapowiada się ciekawie. A Wy?

poniedziałek, 29 grudnia 2014

#131 - "Bóg zawsze znajdzie Ci pracę" - Regina Brett

2 komentarze:



Tytuł: Bóg zawsze znajdzie Ci pracę 
Autor: Regina Brett
Okładka: twarda
Ilość stron: 361
Cena detal.: 34, 90 zł
Wydawnictwo: Insignis
Wydanie zagraniczne: 2014 rok
Wydanie polskie: 2014 rok





Kolejne 50 lekcji. Kolejne 50 rozdziałów. Kolejne nauki, pouczenia, rady. Kolejne wartościowe historie. Kolejne długie opowieści. Kolejne dzielenie się doświadczeniem z czytelnikami. Kolejne 300 stron świetnie napisanego tekstu. Kolejna książka. Ta sama autorka. Ten sam motyw przewodni. A Bóg? On dalej nie mruga.  

"Nie wszystko, co się liczy, jest policzalne" 

Po raz trzeci spotkałam się z twórczością Reginy Brett. Muszę przyznać, że znów zostałam zaskoczona. Nie tylko wspaniałymi lekcjami, lekkim piórem autorki i miłością, która bije z każdej strony, ale również tym w jakim okresie dane było mi zapoznać się z tą pozycją. Poznałam już 150 lekcji, czyli wszystkie, które ukazały się do tej pory. Każda tak bardzo cenna, przemyślana i zapewne ważna do przestrzegania. W tym tomie autorka skupiła się na naszym życiowym spełnieniu. Nie należy sugerować się tytułem, ponieważ w książce nie jest mowa tylko o pracy, ale również o naszym postrzeganiu zarobków, naszym podejściu do tego i naszych prywatnych odczuciach. Regina Brett jest aniołem, takim, który potrafi wejść do naszych serc, poznać nasze lęki i obawy, aby następnie w swoich książkach umieścić odpowiedzi jak się ich pozbyć. To świetne uczucie, czytając o czymś co nas dotyczy i w tym samym momencie znajdując rozwiązanie tych problemów. Takie właśnie są książki tej zaskakującej i doświadczonej kobiety, która ma swoją misję w życiu - dzielić się wszystkim z innymi. Wydając takie poradniki, myślę, że świetnie sprawdza się w swojej roli. 

"Daj innym drugą szansę zrobić pierwsze wrażenie" 

Przekazem tej książki oraz rolą wszystkich dzieł Reginy Brett zachwycałam się już w recenzji jej debiutu - Bóg nigdy nie mruga. Te 50 rozdziałów motywuje do dalszej pracy, do dalszej realizacji swoich marzeń i pragnień. Zdecydowanie pomaga nam ruszyć z miejsca oraz "zawalczyć" o lepsze życie. Bóg zawsze znajdzie Ci pracę pomogło mi uwierzyć, iż tak naprawdę od nas zależy jak będzie wyglądać nasza codzienność. Obowiązki związane z pracą, bądź nauką, przytłaczają nas, powodują, że stajemy się smutni i nie zadowoleni z życia. Regina Brett radzi nam abyśmy w tej szarej, codziennej monotonności spróbowali znaleźć promyk nadziei oraz szczęścia. Nie da się? Poszukaj alternatywy, znajdź miejsce, otoczenie i ludzie, którzy pomogą Ci w miłej atmosferze spędzić dzień, miesiąc, a nawet lata w pracy. Nie wiemy jaki plan przygotował dla nas Bóg. 

"Zamiast próbować  być najlepszym na świecie, bądź najlepszy dla świata"

Staram się nie porównywać książek tych samych autorów. Każda z nich może być inna, zaskakująca i ciekawa, a wspaniałość najnowszej pozycji, może tylko zaniżyć ocenę debiutu. Jednakże nie zawsze mi się to udaje i czasami do głowy wkrada się taka myśl "Czy lepiej było to przedstawione w tamtej książce?". Bardzo podobnie było i w tym wypadku, ponieważ cały czas przypominałam sobie jak trzecia część, zawierająca pouczające lekcje, wypada na tle dwóch poprzednich. Wszystkie książki są fenomenalne. Każda z nich skupia się na innym aspekcie życia. Wszystkie pouczają i pomagają zmienić codzienność na lepszą (nawet jeśli jest już dobra). Jedyną różnicą, jaką udało mi się zauważyć było więcej nawiązań do Boga, niż we wcześniejszych tomach. Jednakże, ze względu na sam tytuł pozycji było to nieuniknione, a mi nie stanowiło problemu. Autorka coraz częściej posługiwała się również cytatami z Pisma Świętego. 

"Świat potrzebuje ludzi, którzy żyją pełnią życia."

Nieważne czy poznałeś wcześniejsze książki Reginy Brett. Nieważne czy wierzysz w Boga, czy nie. Nieważne na jakim etapie jesteś. Nieważne czy kochasz swoją pracę, czy może jej nienawidzisz. Nieważna czy za wszelką cenę chcesz zmienić swoją codzienność. To wszystko jest nieważne. Zatem, co jest ważne? Myślę, że każdy z nas odpowiedziałby w tym momencie inaczej, jednakże zachęcam Was abyście poznali odpowiedź Reginy Brett w książce Bóg zawsze znajdzie Ci pracę (i oczywiście nie tylko w tej). 

"To, co wygląda na koniec, może być nowym początkiem" 

MOJA OCENA: 10/10

Za książkę serdecznie dziękuję AIM Media

poniedziałek, 22 grudnia 2014

#130 - "Wybacz mi, Leonardzie" - Matthew Quick

4 komentarze:

Tytuł: Wybacz mi, Leonardzie
Autor: Matthew Quick 
Okładka: miękka
Ilość stron: 406
Cena detal.: 36,90 zł
Wydawnictwo: Otwarte
Wydanie zagraniczne: 2013 rok
Wydanie polskie: 2014 rok






Poznajcie go. Nieśmiałego, cichego, ale bardzo wartościowego chłopaka: Lenarda Peacocka. Nie różni się on niczym od innych nastolatków. Jeśli nie bierzemy oczywiście pod uwagę tego, że planuje odebrać sobie życie. Popełnić samobójstwo. Zniknąć z tego świata. Bo cierpi. Bo nikt go nie rozumie. Bo trzyma w sobie sekret i myśli, że to jedyne wyjście. Woli zamilknąć na zawsze, niż powiedzieć jedno zdanie. Opisać jedną historię. Jedno zdarzenie. Przed zatrzymaniem bicia własnego serca chce zrobić kilka ważnych rzeczy. Dać kilka prezentów. Uzyskać odpowiedzi na nurtujące go pytania. Zrobić coś, czego nigdy by nie dokonał. Odwiedza znajome twarze, mówi im ostatnie zdanie i wreszcie trzymając pistolet przy własnej skroni, ma nacisnąć spust. Ale czy tego dokona?


Umrzeć.
Umrzeć.
Umrzeć. 

Nie jest to moje pierwsze spotkanie z twórczością Matthew Quicka. Po zaskakującym Poradniku pozytywnego myślenia oraz wzruszającym Niezbędniku obserwatorów gwiazd widziałam, iż muszę dowiedzieć się, co autor ten ma jeszcze do pokazania. Wybacz mi, Leonardzie jest zdecydowanie inną książką, niż te wyżej wymienione. Nie opowiada o wielkiej miłości, ba, wątek romantyczny zajmuje tam tylko kilka stron. Przez całą lekturę, utrzymuje się w niej smutna i melancholijna atmosfera. Im bardziej zbliżamy się do Leonarda, poznajmy jego marzenia, uczucia, lęki i wydarzenia z życia, tym bardziej nie chcemy się z nim rozstawać.


Umrzeć.
Umrzeć.
Umrzeć.

Książka jest bardzo emocjonalna. Gra na naszych uczuciach, jakby były one parą skrzypiec. Raz doprowadza nas do granic złości, innym razem wzbudza w nas wielkie poczucie smutku, aby zaraz rozciągnąć nasze usta w wielki uśmiech. Takiej emocjonalnej paczki nigdy wcześniej nie dane było mi czytać, co wywołało u mnie nie lada zaskoczenie. Bardzo spodobał mi się przekaz autora oraz to w jaki sposób zbliżył nas do głównego bohatera i jego problemów, jednakże nie jestem pewna czy chciałabym to wszystko przeżyć jeszcze raz. 



Umrzeć.
Umrzeć.
Umrzeć.

Czego nauczyła mnie ta książka? Na pewno pokazała mi świat oczami osoby, która czuje się osamotniona, zagubiona i przestraszona. Dzięki temu, poznałam inny światopogląd i to jak na pewno nie powinniśmy radzić sobie z problemami. Oprócz tego, zauważyłam, iż często aspirujemy do towarzystwa osób, którym na nas nie zależy, a nie dostrzegamy tych, którzy szanują, darzą sympatią, a przede wszystkim liczą na nas i znają naszą wartość. Myślę, że takie prawdy, taki morał zawarty w tej książce, sprawia, iż wiele czytelników pokocha ją już od pierwszych stron i bardzo będzie żałować kiedy przełożą już tą ostatnią. 

Umrzeć. 
Umrzeć.
Umrzeć.

Wybacz mi, Leonardzie nie porusza tylko jednego tematu. Dzięki swojej indywidualności, zahacza o miliony innych i dzięki temu przybliża nas do świata niezrozumiałego nastolatka. Ale czy tylko do jego życia? Przecież każdy z nas ma w sobie coś z głównego bohatera. Nie tylko młodzież jest nieśmiała, nie tylko oni mają obawy i złe wspomnienia z przeszłości. Każdy z nas chciałby poznać odpowiedzi i rozwinąć wszystkie wątpliwości odnośnie swojego życia, swoich problemów i zmagań. Myślę, że książka nie jest skierowana tylko do nastolatków, bo jak wspomniałam wcześniej - każdy z nas się w niej odnajdzie. Wiek nie ma tu znaczenia. 

Umrzeć.
Umrzeć.
Umrzeć.

Nie wiem jak jeszcze mogę zachęcić Was do przeczytanie tej pozycji. Myślę, że po zapoznaniu się z recenzją będziecie albo już kochać tę książkę albo jej nienawidzić, lecz zdecydowanie każdy z Was musi poznać ją osobiście, aby wyrazić ostateczne zdanie. Ja zostałam mile zaskoczona, troszkę wykorzystana emocjonalnie i zdziwiona dość nijaką końcówką, ale całą powieść będę wspominać mile i z uśmiechem na twarzy. To było kilka godzin świetnej zabawy, poznanie innego życia, innych problemów i spojrzenia na świat troszkę pesymistycznym okiem. Polecam nie zależnie od wieku, płci, światopoglądu i podejścia do życia. Może Leonard podpowie Wam jak rozwiązać pewne problemu lub jak po prostu trzymać się od nich z daleka.

MOJA OCENA: 9/10 

wtorek, 2 grudnia 2014

2 lata!

3 komentarze:


Tak wiele ostatnio się u mnie dzieje, że naprawdę nie mam czasu tu zaglądać, a co dopiero pisać. Czytam, może mało, ale zawsze. Jednak nie dziś o tym...
Minęły już dwa pełne lata. 730 dni. Masa wieczorów spędzonych na czytaniu, jeszcze więcej nieprzespanych nocy ze względu na papierowych przyjaciół. To co dzięki blogowi poznałam i to czego doświadczyłam jest bezcenne. Tyle wspaniałych chwil i momentów, których nie potrafię opisać słowami. I mnie i Was nie obchodzą statystyki, więc nie będę ich tu pisać. Dziękuję każdemu, nie będę nikogo wyróżniać. Liczą się gesty (śpiewanie sto lat przed pp :D ) i wspaniałe słowa. Mam nadzieję, że przed nami jeszcze wiele takich lat i książek, i recenzji, i chwil, w których czujemy się nieskończonością...

niedziela, 2 listopada 2014

#129 - "Chłopcy" - Jakub Ćwiek

6 komentarzy:





Tytuł: Chłopcy
Autor: Jakub Ćwiek
Okładka: miękka
Ilość stron: 301
Cena detal.: 34,90 zł
Wydawnictwo: SQN
Wydanie: 2012 rok



Polscy autorzy. Jak często sięgacie po ich twórczość? Robicie to chętnie? Z własnego doświadczenia powiem Wam, że u mnie jest różnie. Spotkałam się z wieloma fajnymi i oryginalnymi pomysłami na książkę, która niestety została słabo wykonana, przez właśnie polskiego pisarza. Po kilku rozczarowaniach postanowiłam, iż najpierw poważnie zastanowię się, czy chcę przeczytać daną polską książkę, a dopiero później spróbuję do niej podejść i ją poznać. Istnieją jednak wyjątki... O Jakubie Ćwieku słyszałam bardzo dużo: polski król fantastyki, ulubiony pisarz młodego pokolenia. To wszystko sprawiło, iż jego książkę wzięłam w ciemno, nie zastanawiałam się wiele, już miałam tę pozycję w swoich rękach.

Chłopcy jest zbiorem opowiadań o gangu motocyklowym, którego celem jest przetrwanie, ale przede wszystkim dobra zabawa! Pod wodzą zabójczo seksownej Dzwoneczek przeżywają wiele przygód, godnych poznania. A jak ich rozpoznać? Wsłuchajcie się w ryk silników, huk wystrzałów i głośne: Bangarang, a na pewno będą to Zagubieni Chłopcy.

Twórczość Jakuba Ćwieka kojarzy mi się z alternatywą. Z czymś nowym, nietypowym, ale jednak tak banalnym i zaskakującym. Poznając kolejne przygody tego motocyklowego gangu, zadałam sobie pytanie "Dlaczego nikt wcześniej na to nie wpadł?". Jak widać tylko spod pióra polskiego, obiecującego i wspaniałego autora, mogło wyjść coś takiego. 

"BANGARANG!" 

Ale czy na pewno jestem wielką fanką Chłopców? Spodziewałam się czegoś innego, a jak wszyscy z nas, rozczarowań nie lubię. Książka nie przemówiła do mnie tak, abym zatracała się w niej bez końca. Pomysł, wykonanie, bohaterzy, wszystko było na swoim miejscu, jak najbardziej dobrze wykonane i wykreowane. Jednakże, książka musi mieć w sobie takie coś, co przyciągnie do siebie czytelnika i sprawi, że będzie on wracał myślami do jej fabuły po skończeniu lektury. Nie potrafię tego nazwać, ale jestem pewna, że wiecie o co mi chodzi. Z przykrością stwierdzę, że w książce Chłopcy Jakuba Ćwieka tego zabrakło. 

Nie potrafię określić grupy odbiorów tej książki. Myślę, że i chłopcy i dziewczęta znajdą w niej coś co ich zaciekawi. Nastolatkowie, tak samo jak dorośli, z chęcią poznają przygody Chłopców. Fani fantastyki, jaki i fani obyczajówek, zauroczą się w tym nietypowym gangu. Dlatego decyzję pozostawiam Wam, ponieważ z ciekawością dowiem się, czy znaleźliście w tej książce to coś.

Podsumowując. Lektura nie była zła, miło spędziłam przy niej czas, jednakże nie będę go wspominać. Dlaczego? Najistotniej w świecie nie ma czego. Jedynie bardzo ładne wydanie tej książki, które stoi na mojej półce, będzie przypominać mi o tym, ze dane było mi zapoznać się z przygodami Chłopców. W porównaniu do innych książek polskich autorów, ta zdecydowanie się wyróżnia. Jeśli koniecznie upieracie się, aby poznać trochę ojczystych powieści, to tę polecam Wam zdecydowanie. Być może odnajdziecie w niej coś, czego mi dane nie było znaleźć. 

MOJA OCENA: 6/10

                                                                                         Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu SQN

sobota, 25 października 2014

Po drodze do sukcesu, zgubiliśmy przyjemność...

5 komentarzy:
Na co czekacie cały dzień? Na minięcie znienawidzonej lekcji. Na powrót do domu. Na chwilę wolnego czasu, w której robimy po prostu piękne i długo wyczekiwane... nic? Czy może coś innego?

Poszłam do szkoły, do której chcę chodzić, naprawdę. Należę do tych szczęśliwców, którzy pomimo wczesnego wstawania, stresu związanego ze sprawdzaniem naszej wiedzy oraz lekcji, których po prostu nienawidzimy, lubią chodzić do szkoły. Od kilku tygodni utrzymuję nastrój, który mówi mi, że to jest właśnie to co chcę robić, to są ludzie, z którymi chcę spędzać czas i miejsce, w którym chcę przebywać. Wielu z Was może być zdziwiona, ale to jest właśnie mój sposób na codzienną i (nie) szarą rzeczywistość. Więc na co czekam? Fakt, staram się cieszyć chwilą, jednakże lekcje znienawidzonego polskiego lub mało lubianej historii, nie należą do tych ulubionych. Zazwyczaj w takich momentach odpływam gdzieś wraz z moimi marzeniami lub myślę i wyczekuję chwili, którą będę mogła poświęcić książce. 

Kocham czytać. Jest to moja pasja, hobby, życie, sposób na nudę i oderwanie się od rzeczywistości. Blog pozwala mi to rozwijać, każda dobra polecona książka to niezapomniana chwila, każda nowa współpraca to możliwość poznania miliona miejsc i bohaterów, a każda przeczytana recenzja to pewne wyrobienie sobie gustu czytelniczego, który pełni ważną rolę w życiu książkoholika. Jednak między spełnianiem marzeń, tych czytelniczych i recenzenckich, jest bardzo cienka, ale to bardzo, niczym pojedynczy włos, granica między czerpaniem przyjemność z tego co się robi, a pracą, która jest rutyną.

Od pewnego momentu zauważam, iż w blogosferze książkowej jest bardzo popularne chwalenie się swoimi osiągnięciami. Nie uważam tego za złe, bardzo miło czyta mi się o szczęściu innych oraz motywuje mnie to do polepszenia swojego bloga, do samorealizacji i pracowaniem nad sobą, lecz kiedy na blogu/fp/instagramie jest to co drugi post, coś jest nie tak. Niektórzy to wszystko traktują jako pracę, coś do "odhaczenia", nie wkładając w to serca. Przeczytałam/łem tyle książek w tym miesiącu, mam tylu nowych obserwatorów, a odwiedziny mojego bloga wzrosły o 50%. Kogo obchodzą statystyki!? Liczy się sama satysfakcja, szczere szczęście i zadowolenie. To nie są żadne wyścigi, nie należy pokonywać samych siebie, poświęcając przyjemność z czytania, bo przecież wszystko jest na czas, im więcej tym lepszy ze mnie recenzent...

Stań w miejscu. Zastanów się, czy pisanie recenzji sprawia Ci przyjemność? W swoim blogowym życiu sama miałam chwilę, w której nie chciałam pisać i po kilku próbach zawiesiłam bloga, ponieważ egzaminy były ważniejsze. Czy coś się przez to stało? Nie, jednak dzięki temu powróciła ta przyjemność z blogowania i recenzowania. Dlatego nie rozumiem blogów, które nastawione są tylko na zyski, tylko na darmowe egzemplarze, a przyjemność jest drugorzędną sprawą. 


Rozwijając swoją pasję, macie możliwość zawarcia współprac recenzenckich i nigdy nie mylcie tego z pojęciem, iż zawierając współprace, macie możliwość rozwijać swoją pasję, ponieważ wtedy ona po prostu umrze i stanie się rutyną.


niedziela, 19 października 2014

#128 - "Przegląd Końca Świata: FEED" - Mira Grant

3 komentarze:





Tytuł: Przegląd Końca Świata: FEED
Autor: Mira Grant
Okładka: miękka
Cena detal.: 34,90 zł
Ilość stron: 490
Wydanie zagraniczne: 2011
Wydanie polskie: 2012 
Wydawnictwo: SQN



Przyszłość. Nikt z nas nie wie jak będzie wyglądać. Nie mamy bladego pojęcia czy będzie nam dane ją poznać, a nawet jeśli, to co nas czeka? Lepsze, czy gorsze życie? Wierzymy, że ludzkość pójdzie do przodu, elektronika zostanie udoskonalona, a naukowcom uda się wynaleźć lek na śmiertelne choroby. Nikt z nas nie zakłada czarnego scenariusza. Kiedy coś pójdzie nie tak. Kiedy życie nie będzie łatwiejsze. Kiedy nowo powstały wirus przejmie kontrolę nad ciałami i umysłami, wydając tylko jedno polecenie: jedz! Główni bohaterowie: Georgia i Shaun Masonowie starają się pokazać prawdę taką jaka jest, dzięki swojemu blogowi ukazują światu to czego nikt inny nie chce mu powiedzieć. Stają przed wielką szansą relacjonowania kampanii wyborczej. Jednak nie wszystko może zakończyć się dobrze...

O serii Przeglądu Końca Świata zrobiło się dość głośno, a wszystko to przez premierę jej ostatniego tomu. Byłam ciekawa jak bardzo książki o takiej fabule, takim opisie i pozytywnych recenzjach, które zbierają, są dobre. Sięgnęłam, poznałam Georgię, Shauna, ich bloga oraz Zombie. Pierwszy tom tej sagi, czyli FEED, upewnił mnie w zapewnieniach innych, iż seria ta jest wspaniała, bardzo wciągająca, a przede wszystkim zaskakująca. Pełna zwrotów akcji, dynamicznej fabuły oraz wspaniale wykreowanych bohaterów sprawia, iż nie możemy się od niej oderwać. Ja zostałam bardzo mile zaskoczona, już przy pierwszym tomie, a z entuzjazmem i ochotą podchodzę do dalszych części. Lektura naprawdę chwyta za serce. Jest nieobliczalna, zaskakująca i w każdym momencie może nas zamurować. Po jej skończeniu było mi po prostu smutno, nie z powodu, że jest to koniec pierwszego tomu, jednak wydarzenie w nim zawarte bardzo mną wstrząsnęły. Wszystkie przemyślanie zostały wprowadzone do fabuły i w odpowiednich momentach wkradały się do mojego serca, ściskając je z całej siły.

Pierwsze słowo jakie po lekturze tej książki przychodzi mi na myśl to oryginalność. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z tak dość ciekawą i nietypową fabułą. Fakt, zawierała w sobie popularne wątki, jednak całościowo, na tle innych książek tego typu, wypadła bardzo dobrze. Zgadzam się ze stwierdzeniem, które możemy przeczytać na skrzydle okładki, iż pozycja ta zasługuje na tytuł  najoryginalniejszej historii roku 2012, ponieważ zdecydowanie się wyróżnia. 

To pierwsza książka, w której spotkałam się z tematem zombie. Chciałam przekonać się czy ten wątek, który dość kobiecy nie jest, może mnie zaciekawić. Bo co w tym może być fajnego? Kilku bohaterów, zmarli, którzy powstali z grobów i aż 490 stron książki. Jednak nie należy oceniać książki po okładce, ba, nawet po opisie fabuły, która przez liczne recenzje i słabą silną wolę niestety poznałam.  Przegląd Końca Świata: FEED przekonał mnie do tego typu książek i już dziś wiem, że z chęcią dokończę tę serię, jak i zacznę kolejne z ciekawym przedstawieniem walki, bądź obcowania z zombie. 

Podsumowując. Polecam męskim, jak i żeńskim czytelnikom, ponieważ książka ta nadaje się dla każdego. Bardzo oryginalna fabuła i świetnie zarysowani bohaterzy przypadną Wam do gustu. Przegląd Końca Świata: FEED sprawił, że kilka jesiennych wieczorów stało się zaskakującym i emocjonalnym czasem. Z pewnością sięgnę po następne tomy tej sagi, poznam zakończenie, a Was wszystkich serdecznie zachęcam abyście sięgnęli i być może tak jak ja - zaciekawili się całym światem zombie, ale również światem poświęcenia, miłości i chwil, które zdecydowanie nie są usłane różami. 

MOJA OCENA: 9/10

poniedziałek, 29 września 2014

#127 - "Amy moja córka" - Mitch Winehouse

4 komentarze:





Tytuł: Amy moja córka
Autor: Mitch Winehouse
Okładka: miękka
Ilość stron: 301
Cena detal.: 39,90 zł
Wydawnictwo: SQN
Wydanie: 2012 rok







Amy Winehouse - kontrowersyjna, bardzo utalentowana i dość popularna piosenkarka. Jej głos znany jest większości społeczeństwa, jej piosenki zdobyły popularność wśród młodych odbiorców muzyki, a na koncertach zjawiały się tłumy. Jednak coś innego sprawiało, że nazwisko tej artystki dość często widniało na pierwszych stronach gazet. Media donosiły o hucznym życiu Amy, o jej uzależnieniach i zachowaniach, które nie zawsze były przemyślane. Lecz teraz powinniśmy postawić sobie pytanie: ile w tym wszystkim prawdy? Przecież wiadomo, ze prasa dość często podkolorowuje fakty, aby sprzedać dany numer z większym zyskiem. Dlatego postanowiłam sięgnąć po biografię tej piosenkarki, nie byle jaką, ale napisaną przez bardzo bliską jej osobę - Mitcha Winehousa - ojca Amy. Być może nie zaliczam się do największych i najwierniejszych fanek Amy, to jednak szanuję jej muzykę i z chęcią czytałam anegdoty z jej życia, związku lub koncertów tej gwiazdy.

"You go back to her
And I go back to....."


Książka składa się z dwudziestu jeden rozdziałów, które zaciekawiają czytelnika, chwytają go za serce, a przede wszystkim dostarczają mu wielu informacji na temat życia oraz twórczość Amy Winehouse. Pomiędzy czytaniem, możemy obejrzeć wiele fotografii z kilku etapów życia tejże piosenkarki. Uważam to za bardzo fajny element tej biografii i chociaż w tych, które do tej pory czytałam również występowały takie zdjęcia, to jednak te były najciekawsze. 

"Kocham, by żyć... i żyję by kochać"


Amy Winehouse należy do osób, które po prostu są zagadką. Ich twórczość bardzo tajemnicza, ale również inspirująca, daje odbiorcom wiele do myślenia. Cała biografia nasiąknięta jest największymi emocjami i uczuciami jakie tylko ojciec mógł zostawić na kartkach książki o własnej córce. Ich dobry kontakt, ale również i wielka przyjaźń, pozwoliły napisać Mitchowi tak osobistą i przemyślaną książkę. W każdym momencie, czy to szczęśliwym, czy też krytycznym, Amy polegała na swoim ojcu, zwierzała oraz dzieliła się z nim swoimi obawami lub szczęściem. Był obecny w każdej ważnej sytuacji z jej życia. To wszystko pomogło mu w napisaniu tak dobrej, przede wszystkim szczerej i prawdziwej biografii swojej własnej córki. W momentach kiedy zachowała się ona niewłaściwie pisał o tym, nie starał się pokazać jej w jaki najlepszym świetle, przedstawił czytelnikowi jak było naprawdę, jaką decyzję - dobrą czy złą - podjęła jego córka i jak on sam sobie z tym radził. Tą szczerością i prawdziwością podbił moje serce, ponieważ pomogło mi to w innym spojrzeniu na Amy.  

"My daddy thinks I'm fine"


Z chęcią poznałam Amy Winehouse z innej strony. Książkę czytało mi się przyjemnie, każdy rozdział był inny, ale przede wszystkim ciekawy. Jak już wspomniałam, nie jestem wielką fanką Amy, lecz myślę, że jej historia nie jest zarezerwowana tylko dla tych najwierniejszych odbiorców jej twórczości, ale dla każdego. Książka ta oprócz opisów koncertów, sytuacji kiedy powstały jej największe hity czy po prostu anegdot z życia tej gwiazdy, zawiera w sobie wielkie pouczenie. Ukazuje nieocenzurowaną historię walki z nałogami oraz z toksycznym związkiem. Czytanie tego wprawiało mnie chwilami w osłupienie, bądź zszokowanie, ale to ukazało również, iż życie gwiazd nie jest usłane zawsze różami, jak wszystkim nam się zdaje, przeciwnie, jest ono trudniejsze. Myślę, że Amy pokazała tym, że potrafi znieść wiele i walczyła ona do samego końca, lecz jak wiadomo, nie wygrała tej walki. Dlatego nie zależnie, czy kochasz muzykę Amy, czy też jej nienawidzisz, bądź jest ona Ci obojętna, zachęcam Cię do przeczytania tej książki. Dzięki niej poznasz dość popularną gwiazdę, ale również dowiesz się o jej walce z uzależnieniami, która dość tragiczna, to jednak jest bardzo pouczająca.

Cały dochód ze sprzedaży tej książki autor przekazuje na rzecz Amy Winehouse Foundation.



MOJA OCENA: 8/10 


Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu SQN

niedziela, 14 września 2014

5 minut czytania dziennie!

14 komentarzy:


Zaczęło się. Nie wiem jak Wy, ale ja po tych 2  tygodniach szkoły już jestem zmęczona. Czy to nowi nauczyciele, nowa klasa, nowa szkoła, czy po prostu profil jaki wybrałam (mat-fiz-inf, nie każdy recenzent jest humanistą :D), ale po tych 10 dniach nauki jedyne o czym marzę w piątki to spanie. Co będzie dalej? Kiedy dojdą testy i kartkówki? Czuję, że wtedy i na spanie będzie mało czasu. Jednak kolejna rzecz jaka mnie martwi to brak chwili w ciągu dnia, którą mogłabym poświęcić mojemu hobby - czytaniu i blogowaniu. Dlatego dziś chciałabym przedstawić Wam krótki plan zorganizowania czasu i być może sami z tego skorzystacie, lub podzielicie się swoimi radami :)

1. Chociaż 5 minut!
Taka zasadę wyznawać będę gdy na nic nie starczy czasu. Czy to 5 minut przed spaniem, czy przed nauką, będę starała się przeczytać chociaż kilka (naście?) stron, aby nie stać w miejscu i na chwilkę zapomnieć o tym wszystkim.

2. W międzyczasie.
Tą zasadę stosuję od ponad dwóch lat i dzięki niej wszystko idzie mi jakoś szybciej. Ustalam co zrobić mam danego popołudnia (wypisuje to w punktach) i za każdy odhaczony punkt, pozwalam sobie na krótką przerwa, czyli tak zwaną "nagrodę", w postaci przeczytania 10 stron danej książki. To motywuje mnie, aby się nie lenić i w miarę moich możliwości wypełniać postawione przez siebie punkty. Dzięki temu mogę przeczytać nawet 100 stron i tego nie odczuć.

3. W drodze!
Ta zasada jest chyba wszystkim dobrze znana. Do nowej szkoły dojazd zajmuje mi około 20-30 minut. Przecież to 30 stron książki! Haczyk jest oczywiście taki, że w porannych autobusach jest po prostu za duży tłok i nie zawsze znajdzie się miejsce siedzące :)

4. Do 20.
W domu najpóźniej jestem około godziny 15:30. Staram się wtedy zmotywować do nauki, aby o godzinie 20 (wy oczywiście możecie wybrać inną porę) mieć wszystko zrobione. Gdy już nadejdzie ta wyczekiwana pora, robię duży kubek herbaty, zakopuję się w kołdrze i czytam, aż nie będę senna.


5.W szkole.
Zdarzało się Wam czytać książki w szkole? Ja całe gimnazjum spędziłam na przerwach z książkami. Zawsze mam przy sobie książkę, ponieważ doświadczenie nauczyło mnie, iż każdego dnia mogę spóźnić się na autobus lub mieć wolną lekcje, a to idealny czas do zanurzenia się w świetniej lekturze. W liceum jeszcze nie praktykowałam tego, ale to chyba przez tę potrzebę zaaklimatyzowania się i mam nadzieję, że niedługo znajdę tę chwilkę aby poczytać na przerwie jakąś fajną książkę :)

To moje 5 rad, które mi pomagają pogodzić naukę z czytaniem. Mam nadzieję, że chociaż któryś Was zainspiruje, bądź pomoże. Jeśli sami macie jakieś sposoby na naukę i czytanie - pochwalcie się nimi!

czwartek, 4 września 2014

#126 - "Historia pewnej dziewczyny" - Lindsey Kelk

6 komentarzy:




Tytuł: Historia pewnej dziewczyny
Autor: Lindsey Kelk
Okładka: miękka
Ilość stron: 446
Cena detal.: 32,90 zł
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Wydanie oryginalne: 2013 rok
Wydanie polskie: 2014 rok







Straciłam pracę. Straciłam miłość mojego życia. Matka się do mnie nie odzywa. Przyjaciółka jest na mnie nieziemsko wkurzona. A współlokatorka prawdopodobnie wyrzuci mnie z domu. Wszystko poszło nie tak. Tess Brookes wszystko miała precyzyjnie zaplanowane. Ale kiedy plan się sypie, jest zmuszona ułożyć sobie życie od nowa... Po przypadkowo odebranym telefonie do jej współlokatorki, Vanessy, uznaje, że skoro bycie Tess nie wychodzi jej zbyt dobrze, to mogłaby spróbować być Vanessą. Nie mając nic do stracenia, przyjmuje zlecenie na sesję zdjęciową na Hawajach – jest fotografem amatorem, więc co w tym trudnego? Wkrótce jednak Tess wpada w poważne tarapaty. A współpracujący z nią zabójczo przystojny dziennikarz, który jasno daje do zrozumienia, jakie ma wobec niej zamiary, okazuje się egoistycznym potworem. Daleko od domu i z cudzą tożsamością, Tess musi zdecydować: walczyć czy przyznać się i uciekać…

Wakacje chciałam zakończyć z jakąś fajną, miłą i przyjemną książką, która rozweseli i chociaż troszkę poprawi humor w ostatnie dni wolności. Historia pewnej dziewczyny od początku dawała wrażenie nie zobowiązującej, mało ambitnej, ale dość wciągającej lektury. Już po samym opisie byłam bardzo ciekawa historii Tess, której od początku wiernie kibicowałam, dlatego zdecydowałam się, aby poznać tę książkę. Od pierwszych stron wiedziałam już, że nie będzie to zmarnowany czas oraz byłam zadowolona z mojego wyboru.

Książkę czytało mi się przyjemnie. Jak zakładałam, była ona lekką lekturą, a strony przewracałam w zastraszająco szybkim tempie. Historia Tess bawiła mnie na każdym kroku, ale przede wszystkim uczyła jak nie postępować w kryzysowych sytuacjach. Dzięki wielu przygodom tej zagubionej bohaterki dowiedziałam się bardzo dużo o życiu, które potrafi zaskakiwać.

Nigdy wcześniej nie spotkałam się z twórczością Lindsey Kelk, czego bardzo żałuję. Po zamknięciu książki miałam ochotę na więcej: nauki przez humor, lekkiego pióra i po prostu świetnej zabawy. Autorka przez tę książkę pokazała, iż potrafi napisać coś bardzo dobrego. Jestem ciekawa kolejnych jej dzieł, ponieważ dzięki Historii pewnej dziewczyny postawiła ona wysoką poprzeczkę jeśli chodzi o ogólne zainteresowanie lekturą. Czasami każdy z nas ma ochotę na odmóżdżającą książkę, przy której po prostu będziemy się świetnie bawić. Po tym dziele Lindsey Kelk, jestem stu procentowo pewna, iż ta pozycja spełnia wszystkie nasze oczekiwania, jeśli chodzi o mało ambitne lektury,

Zakończenie książki było koszmarne. K O S Z M A R N E. Nie chcę zdradzać Wam całego tego przedstawienia, jednak powiem, że było ono po prostu... otwarte. Nienawidzę otwartych zakończeń. Kiedy nie dowiadujemy się o ostatecznym wyborze, o czymś na co czekaliśmy całą książkę/serię i nigdy już nie poznamy odpowiedzi na jedno, ważne pytanie, które zadawaliśmy sobie przez całą książkę. Historia pewnej dziewczyny właśnie tak się zakończyła, co mnie oszołomiło, zmartwiło i zaskoczyło. Nie byłam do końca na tak i chyba dalej nie jestem. Spodziewałam się czegoś innego i po prostu się zawiodłam, ponieważ ogólnie książka wypadła dobrze.

Podsumowując. Jeśli jeszcze jesteście ciekawi, czy polecam wam tę książkę, moja odpowiedź brzmi - tak. Pomimo zakończenia, które mnie nie zaciekawiło i rozczarowało, Historia pewnej dziewczyny jest dobrą książką, przy której świetnie się bawiłam. Więc jeśli szukacie czegoś lekkiego, co będzie czystą zabawą - polecam, ponieważ naprawdę warto.

MOJA OCENA: 9/10

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka

czwartek, 28 sierpnia 2014

Moja pierwsza książka

2 komentarze:

Jakiś czas temu Marzenka P. z bloga biblioteczka-zienki.blogspot.com nominowała mnie do zabawy pod tytułem "My first book - Moja pierwsza książka". Nominację z chęcią przyjmuję i dziś chciałabym przedstawić Wam ranking moich pierwszych książek!

1. Pierwsza lektura

Nie mam pojęcia jakie bajki czytaliśmy w pierwszej klasie podstawówki, ale doskonale pamiętam omawianą Karolcię rok później i chyba to była moja pierwsza lektura. Swoją drogą bardzo miło ją wspominam :)

2. Pierwsza książka, którą pokochałam

Zdecydowanie Harry Potter. Była to moja pierwsza książka, którą czytałam poza szkołą i jak najbardziej ją pokochałam.

3. Pierwsza książka, którą znienawidziłam.

Zmierzch?

4. Pierwsza książka, którą sama kupiłam.

Na początku mojej fascynacji książkami to rodzice zaopatrywali moją biblioteczkę i pamiętam, że jednymi z pierwszych książek były: Trafny Wybór, Gwiazd Naszych Wina, Kosogłos czy Poradnik Pozytywnego Myślenia. Pierwsza książka, którą kupiłam sama za zaoszczędzone pieniądze to Córka dymu i kości i meh... jakoś teraz tego żałuję.

5. Pierwsza książka, którą pożyczyłam.

Jejć, moja biblioteczka rozchwytywana jest przez wszystkich, więc dobrze nie pamiętam, która książka była pierwsza, jednak to chyba Trafny Wybór został pożyczony jako pierwszy.

6. Pierwsza książka, którą sprzedałam.

Nie sprzedaję książek, wiecie... sentyment i te sprawy, jednak jeśli nie mieszczą mi się na półce, po prostu chowam je do szafek, ewentualnie jakoś upycham.

7. Pierwsza książka, którą zrecenzowałam.

Zanim Umrę i nawet jeśli recenzją tego nie da się nazwać, to książka po dziś dzień zajmuje ważne miejsce w moim sercu :)

8. Pierwsza nieskończona książka.

Nie skończyłam wielu książek, ale chyba tą pierwszą był Cień Wiatru. Jakoś się nie polubiliśmy.

9. Pierwsza książka, która doprowadziła mnie od łez

I to jedyna książka przy której płakałam jak bóbr, czyli tamdadadammm.... Zanim Umrę!

10. Pierwsza książka, której ekranizację obejrzałam.

Harry Potter.

11. Pierwsza seria, którą przeczytałam

I znów... Harry Potter :)

12. Pierwsza książka, którą pamiętam z dzieciństwa.

Harry Potter?

13. Pierwsza książka na której wydanie czekałam.

Kiedy powoli wkręcałam się w świat recenzentki i blogosfery książkowej, pierwsza książka, do której premiery odliczałam dniami i nocami, to Papierowe Miasta.

14. Pierwsza książka, do której świata chciałabym się przenieść.

Harry Potter, Hogwart, tyle maaagi! *o*

15. Pierwsza książka, która spowodowała, że zakochałam się w czytaniu

I znów... Harry Potter. Tak bardzo pokochałam tę serię, ten świat, magię w nim zawartą, iż na wakacjach 2012 przeczytałam wszystkie książki z sagi po 5 razy. Kiedy byłam już znudzona, olśniło mnie, że przecież istnieje wiele innych, wspaniałych, magicznych lektur i właśnie tak to się zaczęło :)

A jakie były Wasze pierwsze książki? ;)

niedziela, 24 sierpnia 2014

#125 - "Szept Wiatru" - Elizabeth Haran

6 komentarzy:




Tytuł: Szept Wiatru
Autor: Elizabeth Haran 
Okładka: miękka
Ilość stron: 575
Cena detal.: 39,99 zł
Wydawnictwo: Akurat
Wydanie oryginalne: 2006 rok
Wydanie polskie: 2014







Amelia Divine jest zamożna, kapryśna, zepsuta… i nieszczęśliwa. Niedawno w tragicznych okolicznościach straciła niemal wszystkich najbliższych. W trakcie podróży do nowej rodziny dochodzi do katastrofy: parowiec, którym płynie, idzie na dno po zderzeniu z rafą koralową. Amelia zmusza swoją przyjaciółkę Lucy, by ta oddała jej miejsce w szalupie ratunkowej. Lucy ginie, Amelia jest jedną z dwóch ocalałych osób. Druga to Sarah Jones, której sąd zamienił karę więzienia na pracę na farmie prowadzonej przez owdowiałego farmera z siedmiorgiem dzieci. W wyniku uderzenia w głowę Amelia traci pamięć. Sarah korzysta ze sposobności i podaje się za nią w nadziei, że nigdy więcej już jej nie zobaczy i że skieruje swoje życie na nowe, lepsze tory. Przeznaczenie chce jednak inaczej: losy dwóch młodych kobiet splatają się na dobre w poruszającej historii o miłości, chciwości i zdradzie.

Dzięki blogowi sięgam po coraz to inne, bądź rzadko czytane przeze mnie gatunki książek. Dlatego skusiłam się na Szept Wiatru, ponieważ zainteresował mnie opis z okładki, jak i ona sama. Nie nastawiałam się na coś bardzo dobrego, traktowałam to raczej jako mało zobowiązującą pozycję. Taką, która zaraz po przeczytaniu wyleci nam z głowy, a przypominać o swoim istnieniu będzie jedynie przez to, że stoi na półce. Pomimo tych wszystkich chwil gdy książka naprawdę łapała mnie za serce oraz wtedy kiedy mnie nudziła, chyba spełniła moje założenia i nie zostawiła mnie z uczuciem rozczarowania. 

"Gorące namiętności, zwykłe ludzkie słabostki, miłość, nienawiść i zazdrość - a wszystko w egzotycznych, baśniowych plenerach dalekiej Australii."

Autorka wykreowała wiele barwnych postaci. Dwie z nich, czyli pewnie jak się domyślacie główne bohaterki -  Amelia i Sarah, bardzo przypadły mi do gustu. Obie naprawdę się od siebie różniły. Stworzone na zasadzie kontrastu, sprawiły, że pomimo wad Amelii, polubiłam je tak samo. Ich zachowanie często mnie dziwiło, ale i również sprawiało, że im współczułam. Myślę, że obie główne postacie sprawiły, że książka nie była, aż taka nudna i zdecydowanie ich wykreowanie ma duży wpływ na moją ocenę końcową. 

Największym minusem książki była chyba jej długość i dość przewidywalne zakończenie. Nie zostałam zaskoczona, ani zszokowana, tylko po prostu utwierdziłam się w przekonaniu, że jednak czasami potrafię domyśleć się zakończenia (co ostatnio mi nie wychodziło). A długość? W pewnych momentach, a zwłaszcza tych końcowych, przysypiałam i odliczałam ilość stron jakie pozostało mi od końca. Chociaż pomysł jest dobry, to jednak myślę, że mógłby być przedstawiony dość krócej i zwięźlej. 

Podsumowując. Książka nie jest zła, ale do najlepszych i najwybitniejszych nie należy. Opowiada fajną historię, która pełna jest wspaniałych momentów, jednak chwilami zdecydowanie przynudza. Nie nastawiałam się na nic, dlatego nie zostałam rozczarowana. Szept Wiatru jest mało wymagając lekturą, pięknie wyglądającą na półce i chwilami może Was porwać. Dlatego polecam wszystkim fanom takich książek, ale również tym, którzy i tak są nią zaciekawieni. Mnie nie porwała, aż tak, aby nagle przekonać się do tego gatunku, ale w przyszłość na pewno nie raz jeszcze spróbuję i sięgnę po inne lektury tego typu, a wtedy będę mogła porównać je do Szeptu Wiatru

MOJA OCENA: 5,5/10 

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Akurat

piątek, 22 sierpnia 2014

13 plusów bycia bloggerem książkowym!

12 komentarzy:
Dziś zapraszam Was na luźny post, który poświęcę na to, aby przedstawić plusy bycia bloggerem książkowym. Powodów będzie 13, ale zapewne nie będą one pechowe. Także, serdecznie zapraszam!


1. Możesz gadać, gadać, gadać, gadać, gadać i gadać o książkach!
Zdziwieni? Ja nie. Jeszcze niespełna dwa lata temu nie miałam nikogo z kim mogłabym na okrągło gadać o papierowych przyjaciołach. Od czasu założenia bloga poznała dużo takich osób, lecz wtedy jedyną formą, w której mogłam pisać o książkach było właśnie blogowanie, które sprawiało (i sprawia!) wielką przyjemność. Znajomi nie zawsze są dostępni, a na bloga mogę dodawać notki kiedy tylko zechcę! 

2. Poznajesz tysiące wspaniałych osób, takich samych jak Ty!
Wspomniałam o tym punkt wyżej, ale wolę to rozwinąć w oddzielnym. Dzięki blogowi znalazłam wiele osób, które tak jak ja kochają czytać, recenzować i rozmawiać o książkach. Z wieloma z nich znajomość zakończyła się dość szybko (ale i tak będzie bardzo miło przeze mnie wspominana), lecz do dziś są ze mną osoby, z którymi mogę dzielić się moją pasją. Jest to fantastyczne, ponieważ nie dość, że z chęcią prowadzimy rozmowę o naszych blogach, bądź "papierowych" zakupach, to nawet w wielu innych sprawach świetnie się dogadujemy :)

3. Nikt się nie zdziwi, że okradłeś księgarnie, bądź przeczytałeś 20 książek w miesiącu!
Każdy z nas ma również znajomych, którzy nie przepadają za czytaniem (ale to oczywiście nie przeszkadza w utrzymywaniu kontaktu) i są zdziwieni kiedy my to robimy. Jednak gdy podejmują ze mną rozmowę na temat mojego hobby czuję się dziwnie, widząc ich zszokowane twarze, kiedy mówię ile czasu spędziłam nad wieloma lekturami, bądź ile na nie wydałam. W blogosferze książkowej nikogo to nie dziwi i nie musimy czuć się dziwnie gdy chcemy pochwalić się nowym zakupem, czy pobitym rekordem czytelniczym! 

4.Czujesz satysfakcję i spełnienie!
Kiedy po ciężkim dniu, bądź w złym humorze, wchodzę na panel bloggera i widzę kolejne kilkaset wyświetleń, nowych obserwatorów, czy dużo komentarzy pod ostatnią notką czuję się spełniona. Każda nowa współpraca, a nawet poznana osoba dzięki blogowi sprawia, że skaczę aż do sufitu. Przez bloga zawsze zabijam nudę, poprawiam sobie humor, czy zaskakuję znajomych, którzy są pełni podziwu jak dużo wkładam w to pracy (która oczywiście jest przyjemnością). Po prostu jestem dumna, że mam swoje miejsce w sieci i gdy patrzę na to wszystko okiem zwykłego czytelnika jestem pod wrażeniem i rozpiera mnie satysfakcja :)

5. Robisz coś dla ludzi!
Może to dziwne, ale zawsze szokuje mnie, że ludzie tak mi ufają i sięgają po coś, ponieważ to poleciłam. Oczywiście nie odbyło się bez zgrzytów, gdy ktoś mi zaufał, a po prostu książka nie trafiła w gust czytelnika, jednak większość jest po prostu mniej lub bardziej zadowolona z lektury, którą pozytywnie zrecenzowałam. Aczkolwiek myśl, że ktoś kupując, bądź wypożyczając książkę, robi to, ponieważ przypomina sobie w głowie moje słowa jest wspaniała. Moim zdaniem każda powieść niesie w sobie mniejsze lub większe przesłanie, bądź pouczenia, a to może zmienić nasze życie. Dlatego fakt, że dodając recenzję mogę zmienić czyjeś podejście do świata jest zaskakujący i to kolejny przykład dlaczego prowadzę takiego, a nie innego bloga :)

6. Nabierasz doświadczenia!
Nie mam pojęcia czy mój blog będzie na zawsze. Zapewne nie. Za dwa tygodnie rozpoczynam pierwszą klasę liceum, coraz bliżej do matury, studiów i dorosłego życia. Gdzieś między tym wszystkim na pewno zabraknie mi czasu na czytanie, recenzowanie oraz bloga. Na dzień dzisiejszy nie wybieram się na studia humanistyczne, ani nie wiążę swojej przyszłości z tymi kierunkami, jednak nie wiem co przyniesie i jak zaskoczy mnie życie. A doświadczenie jakie tu zdobyłam naprawdę może przydać mi się w przyszłości oraz być może pomoże w jakiś sposób zdobyć pracę. Nigdy nic nie wiadomo :)

7. Masz wspaniałe hobby, którym możesz się dzielić (i chwalić)!
Ludzie bez zainteresowań są nudni. Bo co robią w wolnym czasie? W czym się rozwijają? No własnie. Dzięki blogowi i książkom zauważyłam te różnice w sobie. Myślę, że to wszystko w pewien sposób zmieniło mój charakter, sposób bycia i przede wszystkim dobieranie sobie znajomych. Nie lubię spędzać czasu z nudnymi osobami, które nie mają nic do powiedzenia o sobie. Chociaż ja nie chwalę się wszystkim, świeżo poznanym ludziom o moim zainteresowaniu, to jednak gdy utrzymuję z kimś dłuższy kontakt lubię pokazać miejsce w które wkładam tak wiele pracy i serca, czyli mój blog. Jednak uważam, że większą satysfakcją jest to, kiedy taka osoba sama zakłada bloga i sama wchodzi w ten świat blogosfery (niekoniecznie książkowej). 

8. Twoja prywatna biblioteczka staje się większa z każdym miesiącem! 
Cenię sobie współpracę z wydawnictwami. Nie dlatego, że mogę otrzymać wiele darmowych książek i później sprzedać je z zyskiem, ponieważ nawet tego nie robię (mam jakiś taki wielki sentyment, a miejsca na półkach brak). Ale dlatego, że dzięki temu nie muszę wydawać wielkiej fortuny na każdą nowość, bądź książkę o której bardzo głośno w blogosferze, gdyż mogę dostać ją dzięki uprzejmości któregoś z wydawnictw. Oczywiście nie otrzymuje każdej pozycji, którą zapragnę i czasami decyduję się na takie, o których nigdy nie słyszałam, ale każda lektura sprawia mi przyjemność (nawet te, które nie przypadną mi do gustu), ponieważ wiem, ze ktoś mi zaufał i liczy na moją recenzje. Często wieczorami patrzę na moje książki, których nie jest za wiele w porównaniu do zbiorów innych recenzentek, ale ja z chęcią zawieszę na nich oko. Jest wśród nich wiele książek, które dostałam dzięki blogowi, ale jeszcze więcej kupiłam sama, czasami za zaoszczędzone pieniądze i jest to kolejny powód do dumy!

9. Dużo się uczysz!
I nie mówię tu tylko o nawiązywaniu współprac, zdobywaniu czytelników czy po prostu o wszystkich rzeczach, które poznajemy gdy prowadzimy bloga. Chodziło mi o pisanie, popełnianie błędów i wszystko co związane z recenzjami i jakże trudnym językiem polskim. Nigdy nie byłam orłem z ortografii, gramatyka również dobrze mi nie szła, a gdy nauczycielka wspominała o napisaniu rozprawki od razu bolała mnie głowa. Przez te 2 lata w blogosferze nauczyłam się zdecydowanie więcej, niż przez wszystkie spędzone w szkole. Fakt, tam poznałam podstawy, ale jeśli chodzi o ich rozwijanie to już tak dobrze mi nie szły. Zapewne dzięki samemu czytaniu poprawił mi się styl pisania, jeśli chodzi o recenzje, to czasami sami wytykaliście mi błędy, które szybko poprawiałam, lecz ja sama również sprawdzałam, googlowałam, a nawet i otwierałam słowniki. Oczywiście nie uważam, ze teraz moje recenzje są idealne, ponieważ jesteśmy tylko ludźmi, ale w porównaniu z moimi opiniami sprzed roku, zrobiłam duży krok. 

10.Wiesz o wszystkich "książkowych" nowinkach!
Gdy zaczyna się miesiąc blogosfera szaleje. Naprawdę. Wszędzie pojawiają się zapowiedzi książkowe lub stosiki. Uwielbiam czytać takie posty, nawet u niektórych dalej sprawdzam podsumowania miesiąca (chociaż już dawno mi to zbrzydło). Dlaczego? Dzięki takim notkom mogę dowiedzieć się wszystkiego o wiele szybciej! Każdy z nas współpracuje z różnymi wydawnictwami, dlatego każdy zamieszcza inne zapowiedzi, bądź książki, które pragnie kupić. Przez takie posty możemy dowiedzieć się o premierze kolejnej części naszej ulubionej sagi, bądź nowej książce cenionego autora, ale również o polskiej premierze światowego bestselleru. A stosiki? Często miło jest zobaczyć powieść, którą sami mamy, w nowościach u innego bloggera. Lecz jeszcze milej zobaczyć, że ktoś wzbogacił swoją biblioteczkę o nowe pozycje, bądź dowiedzieć się o książce, której szukaliśmy dość długo i dogadać się gdzie my możemy ją dorwać! Możliwości jest wiele, ale blogosfera to również zapowiedź wielu książkowych imprez, w których możemy uczestniczyć :) Targi w wielu polskich miastach to już chyba tradycja. 

11. Możesz wyrazić swoje zdanie na 100 różnych sposobów i nic nikomu do tego - to Twój blog! 
Bywają książki, które wbrew wszystkiemu nie przypadły nam do gustu, bądź na odwrót. Na początku mojej przygody z blogowaniem starałam się wydobywać z lektury wszystko, aby tylko podnieść jej ocenę, ponieważ taka figurowała w blogosferze. Szybko pojęłam, że jest to błędem. Na moim blogu mogę pisać co chcę. Mogę oceniać książki jak chcę oraz pisać co tylko mi się podoba. Szczerość w recenzjach jest najważniejsza. I każdy z Was może skomentować taki post, również wyrazić swoje odczucia (czy to do recenzji czy książki).


12. Nie stoisz w miejscu!
Czy dokładnie pamiętasz jakim człowiekiem byłeś rok temu? Co się u Ciebie diametralnie zmieniło, bądź nie? Charakter i wygląd na pewno, ale czy coś poza tym? No właśnie. A ja doskonale pamiętam, że rok temu mój blog nie miał jeszcze 100 obserwatorów, a w zakładce "współpraca" figurowało tylko jedno wydawnictwo. Recenzowanie pomaga mi w realizowaniu samej siebie. Wiem, że przez ten rok zrobiłam duży krok i jestem z niego dumna. Wiele się nauczyłam, wiele nowych książek jak i ludzi poznałam. Jestem zdecydowanie innym człowiekiem, niż 365 dni temu :)

13. Świetnie się... bawisz?
I na sam koniec. Wbrew wszystkiemu, czyli nudnym książkom (przez które trzeba przebrnąć), terminom na recenzje, częstego braku weny, małej ilość komentarzy pod jakąś notką (bo i to się zdarzy), ogólnym humorkom i niechęci do pisania, blog to wspaniała zabawa. Zabija nudę i daje zajęcie. Mogę się przez niego rozwijać, poznawać wspaniałych ludzi i książki, nabierać doświadczenia! To wspaniała rzecz, której nie da się wyrazić słowami.

Życzę Wam udanej końcówki wakacji i miłego powrotu do szkoły, kochani!

środa, 20 sierpnia 2014

#124 - "Hopeless" - Colleen Hoover

14 komentarzy:



Tytuł: Hopeless
Autor: Collen Hoover
Okładka: miękka
Ilość stron: 378
Cena detal.: 34,90 zł
Wydawnictwo: Otwarte
Wydanie oryginalne: 2013 rok
Wydanie polskie: 2014 rok








Czasem odkrycie prawdy może odebrać nadzieję szybciej niż wiara w kłamstwa. To właśnie uświadamia sobie siedemnastoletnia Sky, kiedy spotyka Deana Holdera. Chłopak dorównuje jej złą reputacją i wzbudza w niej emocje, jakich wcześniej nie znała. W jego obecności Sky odczuwa strach i fascynację, ożywają wspomnienia, o których wolałaby zapomnieć. Dziewczyna próbuje trzymać się na dystans – wie, że Holder oznacza jedno: kłopoty. On natomiast chce dowiedzieć się o niej jak najwięcej. Gdy Sky poznaje Deana bliżej, odkrywa, że nie jest on tym, za kogo go uważała, i że zna ją lepiej, niż ona sama siebie. Od tego momentu życie Sky bezpowrotnie się zmienia.

"Hope" 

Recenzje tej książki pojawiły się w blogosferze dość długo przed jej premierą. Zapowiadały wielkie BUM, "wielką lekturę", pełną emocji, rozczarowań, ale i zaskoczeń, po prostu wszystkiego! Wiele osób utrzymywało, że gdy sięgniemy po Hopeless zmieni się nasze życie, nasze spojrzenie na świat, traktowanie bliskich nam osób, po prostu, po tej lekturze będziemy innymi ludźmi. Ale czy to prawda? Jak ja poczułam się po tej książce? Co ona we mnie zmieniła? Chyba Was rozczaruję, albo zaskoczę, ale gdy tylko skończyłam czytać tę pozycję pragnęłam najnormalniej w świecie... wyrzucić ją przez okno.

"Holder"

Książki nie da się przewidzieć. Czytając ją wymyślałam tysiące, jak nie miliony zakończeń, ale żadne z nich nie było trafne. Nic nie zapowiadało, aby lektura miała drugie dno, inną stronę, coś kompletnie odstającego od pierwszego wrażenia jak nam towarzyszy gdy ktoś po raz pierwszy wspomniał Hopeless. I właśnie chyba to jest fenomenem tej książki, ponieważ od samego początku szukałam jakiegoś wątku, szczegółu, czegokolwiek, co porwie serca czytelników i właśnie to - te zaskoczenie - porwało moje.

"Les"

Jedynym minusem Hopeless jest to, że chwilami staje się tanim romansidłem. Wiem, że wiele z Was w tym momencie się ze mną nie zgodzi, ale ja gdy tylko przychodziła jakaś romantyczna scena, czekałam aż wreszcie się skończy, ponieważ: ile można? Do pewnego stopnia to akceptuję i daję radę przetrwać, ale ta książka nasiąknięta była tak zwanym cukrem, którego miałam dość. Chociaż wątek romantyczny nie jest tu przedstawiony na pierwszy planie, bo jednak w całości książki chodzi o coś innego, to było go troszkę za dużo jak na mój gust i często musiałam się z nim męczyć.

"Sky"

Podsumowując. Zostałam zaskoczona, pozytywnie i bardzo miło tą książką, ponieważ z początku wydawała mi się banalna i nudna, a okazała się inna. Pięknie wydana i idealnie napisana lektura, która pozostanie ze mną na dłuższy czas. Często irytował mnie wątek miłosny, którego było troszeczkę za dużo, ale myślę, że większość czytelników odebrało go na plus. Hopeless zdecydowanie wzbudza emocję i uważam, że każdy z nas wyniesie, bądź wyniósł już, coś z tej lektury. Ja jeszcze bardziej utwierdziłam się w tym, że nie należy oceniać wszystkich z góry, ponieważ każdy z nas inny jest w środku. Polecam wszystkim miłośnikom książek, które zmieniają, zaskakują, a przede wszystkim wspaniale spędza się przy nich czas. Uważam również, że Hopeless nie ma ograniczeń wiekowych i chociaż z początku wydaje się głupią książką dla nastolatek to jednak z każdym rozdziałem zmienia się w coś innego, głębszego i zdecydowanie poważnego.

"Hopeless..."

MOJA OCENA: 9/10

czwartek, 31 lipca 2014

#123 - "Perfekcyjna kobieta to suka" - Anne-Sophie i Marie-Aldine Girard

6 komentarzy:




Tytuł: Perfekcyjna kobieta to suka
Autor: Anne-Sophie i Marie-Aldine Girard
Okładka: miękka
Ilość stron: 160
Cena detal.: 24,90 zł
Wydawnictwo: Feeria
Wydanie oryginalne: 2013
Wydanie polskie: 2014







Każda z nas marzy o tym, aby być perfekcyjną. Najpierw idealną dziewczyną, później żoną i matką. Robimy wszystko, aby nimi się stać, a gdzieś pomiędzy gonitwą do swoich założeń i prowadzeniem normalnego życia, gubimy swój własny charakter, albo same porzucamy go na koszt stania się perfekcyjną. A co jeżeli ten idealizm nie jest tym co chcemy osiągnąć w życiu? Na początku wydaje nam się, że bycie perfekcyjną kobietą to coś wspaniałego i coś co sprawi, że nasze życie będzie lepsze oraz mniej zagmatwane, lecz później każda z nas dochodzi do wniosku, że perfekcyjna kobieta to suka.

Jeśli sięgam po poradnik, to wymagam od niego bardzo dużo. Po pierwsze, pragnę aby zmienił coś w moim życiu. Po drugie, chcę, aby był nie tylko pouczający, ale również ciekawy. Nudzie mówimy zdecydowanie "nie". A po trzecie... mam nadzieję, że od teraz każdy poradnik będzie śmieszyć mnie tak bardzo jak ten. Naprawdę nie wiem, czy trafiłam na dobrą książkę, czy jest ona pouczająca, wartościowa i chyba nigdy się nie dowiem, ponieważ czytając ją cały czas się śmiałam. Oczywiście bywały mniej zabawne chwile, ale przez wszystkie strony na mojej twarzy pojawiał się uśmiech. Po skończeniu tej lektury bolały mnie policzki.

"Przestaniesz kupować buty w rozmiarze 38, chociaż nosisz 40 (nawet jeśli są na wyprzedaży)."

Perfekcyjna kobieta to suka jest książką na pozór nic nie wnoszącą do naszego życia, ot co, taka miła, śmieszna lektura, ale jednak kilka rad zapamiętam na zawsze (od teraz gdy ktoś robi mi zdjęcie, będę pamiętać o układzie ud i języka). Uważam, że autorki w śmieszny sposób i chwilami dość kontrowersyjny ukazały pewne aspekty naszego życia, to, że możemy mieć w s z y s t k o, a nie być perfekcyjnymi osobami. W pewnym sensie bardzo podniosło mnie to na duchu i myślę, że inne czytelniczki również po lekturze tego poradnika inaczej spojrzały na wykreowany idealizm kobiety XXI wieku. 

Jedyny minus tej lektury, to chaotyczność. Została stworzona naprawdę fajnie i pomysłowo. Czyta się ją w mgnieniu oka (jeśli oczywiście nie płaczesz ze śmiechu), ale irytowało mnie to, że często powielano tematy co kilkanaście stron, jakby nie można było scalić wszystkiego w jednym rozdziale. Było to dość niewygodne, iż aby przeczytać wszystko na dany temat, trzeba było wertować strony do innych działów. 

Podsumowując. Poradnik okazał się dobrą rozrywką, która bardzo mnie rozśmieszyła. Oprócz tego nauczyła pozować do zdjęć i zapewniła, że nie trzeba być perfekcyjnym. 160 stron szybko mi minęło, a czas który spędziłam z tą książką zaliczę do zdecydowanie udanych. Lektura jest mało ambitna, ale uważam, że na takie letnie wieczory w sam raz. Polecam płci żeńskiej, lecz myślę, że panowie również mogli by nauczyć się wiele z tego poradnika. 

MOJA OCENA: 8/10


 Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Feeria
Za szablon serdecznie dziękuję Krystianowi :D