sobota, 29 sierpnia 2015

#12 - Letni stosik

16 komentarzy:

Dziś przychodzę do Was ze stosikiem, czyli książkami, które zawitały u mnie w czerwcu, lipcu i sierpniu. Wiele z nich mogliście zobaczyć na zdjęciach, bądź przeczytać ich recenzje. W tym poście chciałam zebrać wszystkie książki razem i przy okazji wspomnieć, które będę czytać niedługo. Enjoy! 


Zacznijmy od lewego stosika, na samej górze możecie zobaczyć Confessions of a Shopaholic by Sophie Kinsella, którą wypożyczyłam w bibliotece i chociaż nadal nie przeczytałam to niedługo na pewno się za nią zabiorę. Granatowy grzbiet bez tytułu to Szkoła przy cmentarzu - W paszczy aligatora, napisana przez Tom B. Stone, czyli ulubiona saga (zaraz po Harrym) mojego dzieciństwa. Książka ma niespełna 125 stron i niedługo również się za nią zabiorę. Znalazłam ją w biblioteczce koleżanki i z chęcią wrócę do moich czytelniczych początków. Następna lektura to Kochanek z Malty Melissy Moretti, czyli egzemplarz recenzencki od wydawnictwa Feeria, jego recenzję możecie przeczytać tu. Dalej możecie zobaczyć Metro 2033, dzieło Dmitra Glukhovskiego. Książka była na mojej liście must read od czasu, gdy skończyłam zaskakujące Futu.re. Metro 2033 znalazłam w biblioteczce kolegi i obiecuję, że za nie również niedługo się zabiorę! Następna książka to kryminał, po które sięgam rzadko, jednak tutaj zrobiłam wielki wyjątek. Mowa oczywiście o Jedwabniku, pióra Roberta Galbraith, a raczej J. K. Rowling. Kupiłam ją na przecenie w Empiku, za 20 zł, chociaż nie jestem wielką fanką Wołania Kukułki, to jednak myślę, że książka będzie idealna na długie, jesiennie wieczory. Kolejna lektura to zaskakujący Cmętarz Zwieżąt Kinga, najpierw chcę dokończyć Zieloną Milę, a dopiero później zabrać się za to dzieło. Ostatnia książka, schowana za trawą, to popularny Więzień Labiryntu James Dashner, którego dorwała w antykwariacie. Kiedy zakupię dwie pozostałe części, z pewnością zabiorę się za całą trylogię. 


Po prawej stronie, u samej góry możecie zobaczyć Taniec ze smokami częśc pierwszą, autorstwa niezastąpionego Georga R. R. Martina. Również z biblioteczki kolegi. Zaraz pod nią znajdują się dwie książki pióra Helen Fielding, czyli Dziennik Bridget Jones i Dziennik Bridget Jones - w pogoni za rozumem. Obie książki (a część pierwszą mam już za sobą) zdobyłam przeszukując biblioteczkę koleżanki. Kolejne lektury, czyli Co, jeśli Rebeccki Donovan (recenzja) oraz Źródło J. D. Horn (recenzja) to egzemplarze recenzenckie od Wydawnictwa Feeria. Następna pozycja, to dzieło Jessicy Sorensen, czyli Przypadki Callie i Kayedana (recenzja), którą dostałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zysk i S-ka. Książka bardzo przypadła mi do gustu. Do wszystkich chłopców, których kochałam Jenny Han, to mój łup z empikowych promocji, który bardzo mi się podobał, a o moich odczuciach możecie przeczytać tu. Kolejna książka to Toxic Rachel Van Dyken (recenzja), czyli już ostatni egzemplarz recenzencki od wydawnictwa Feeria Young. A pod nim możecie zobaczyć przedostatnią książkę dzisiejszego stosiku, czyli Bransoletkę Ewy Nowak. Słyszałam o niej naprawdę wiele dobrego, dlatego nie wahałam się, gdy trafiłam na nią w biblioteczce koleżanki. A pomiędzy stosami leży sobie Książka bez sensu autorstwa Alfiego Deyesa, czyli lektura pobudzająca naszą kreatywność, a o tym czy mi się spodobała możecie przeczytać tutaj

I to byłoby na tyle jeśli chodzi o wakacyjne nowości w mojej biblioteczce. Od września postaram się wrzucać stosiki już regularnie, co miesiąc. Oczywiście jeśli będę miała co Wam pokazać. Za wszystkie pożyczone książki dziękuję Maćkowi i Natalii oraz serdecznie ich pozdrawiam! (:

Czytaliście coś? Polecacie? Odradzacie? A co chcielibyście przeczytać? Lub na co totalnie nie macie ochoty? 

środa, 26 sierpnia 2015

#161 - "Starter" - Lissa Price

11 komentarzy:


Tytuł: Starter 
Autor: Lissa Price
Okładka: miękka
Ilość stron: 400
Cena detal.: 34,90 zł
Wydawnictwo: Albatros
Wydanie oryginalne: 2012 rok
Wydanie polskie; 2015 rok





Znacie takie książki, które chcecie przeczytać już przed poznaniem opisu z okładki? Takie, które samą promocją, bądź pochlebnymi recenzjami, bardzo Was zaciekawiły? Tak właśnie rozpoczęła się moja przygoda ze Starterem. Książka zyskała naprawdę wiele dobrych rekomendacji, a jej okładkę widać było w każdej księgarni. Od dłuższego czasu bardzo chciałam ją przeczytać, poznać jej środek i przekonać się czy aby na pewno jest taka fenomenalna. No i proszę - książkę dorwałam na Targach, wreszcie zawitała do mojej biblioteczki, a dwa miesiące później po nią sięgnęłam. Jaki więc jest ten Starter

Witajcie w przyszłości, czyli świecie, w którym nie ma ludzi między szesnastym, a sześćdziesiątym rokiem życia. Młodzi, zwani teraz Starterami, trafiają do zakładów dla nieletnich, natomiast Ci starsi, Enderzy, mogą kupić sobie to co dusza zapragnie. Na rynek wchodzi firma Prime Destinations, która dzięki swojemu rewolucyjnemu chipowi pozwala wykupić młodość w ciele obcego nastolatka. Callie, główna bohaterka, traci dom, rodzinę, a następnie własne ciało, jednak nie traci nadziei, dlatego zrobi wszystko aby obalić nowe rządy i nie pozwolić na rozwój firmy wypożyczającej ludzkie ciała. 

Fabuła nie jest oryginalna. Sama okładka sugeruje nam, iż książka ma w sobie wiele z popularnych Igrzysk Śmierci. Lekko w tle zarysowuje się nam typowy trójkącik miłosny, który z pewnością rozwinie się w następnych częściach. Cała książką, co można wywnioskować z opisu na okładce, poświęcona jest walce przeciw nowemu systemowi, którą prowadzi nastolatka. Jak widzicie - Starter nie jest niczym zaskakującym, nowym, ani świeżym. Książka napisana jest bardzo schematycznie, często mogłam domyślić się kolejnych wydarzeń, czy zachowań bohaterów. Typowa dystopijna powieść, które są tak bardzo popularne w ostatnich czasach. 

"Przez niecały rok zmieniło się oblicze Ameryki. W morzu srebrzystowłosych Enderów, bogatych, sytych i bezmyślnych, ginęli nieliczni Starterzy. Tacy jak ja."

Po lekturze wiem, że wiele można zarzucić tej książce, jednak nie to, iż nie jest wciągająca. Sama bardzo wsiąknęłam w świat wykreowany przez Lissę Price i nadal nie mogę w to uwierzyć. Do gustu bardzo przypadli mi bohaterowie, którzy chociaż nie byli oryginalni i niezastąpieni, to jednak już od pierwszych stron zyskali moją sympatię. Pomimo tego, iż bardzo łatwo przewidywałam następujące wydarzenia, czytanie książki sprawiało mi przyjemność. Nie musiałam zmuszać się kontynuowania lektury oraz nie wywierałam na sobie presji, aby ją jak najszybciej skończyć. 

Kolejny akapit w mojej recenzji chciałabym poświęcić wydaniu książki. Robię to bardzo rzadko, ponieważ wiadomo - powinniśmy patrzeć na środek, a nie okładkę, lecz moim zdaniem Starter zasługuje na pochwałę. Okładka skradła moje serce od razu. Po części tym, iż bardzo łatwo ją zauważyć, ale i również wszystkimi detalami, które widzimy gdy bliżej przyjrzymy się książce. Starter mieni się wszystkimi kolorami, co bardzo rozpraszała mnie podczas poznawania historii Callie. Często przerywałam czytanie na kilka sekund, aby jeszcze raz spojrzeć na okładkę. Jak wiadomo, nie jest to najważniejsze w książkach, jednak lektury z fajnymi, pomysłowymi i ładnymi okładkami o wiele bardziej zachęcają nas do kupna i przeczytania, a Starter zdecydowanie należy do takiego grona książek. 

Podsumowując - dystopijna powieść Lissy Price to kolejna książka, która w swojej treści nie serwuje czytelnikom nic nowego. Starter to lektura z oryginalną okładką, fajnymi bohaterami i wciągającą, lecz nie zaskakującą, fabułą. Podobna do kultowych Igrzysk Śmierci, co jedni uważają za minus, drudzy za plus. Osobiście mi książka przypadła do gustu, świetnie się przy niej bawiłam, jednak nie wniosła ona nic do mojego życia. Zostałam jedynie wielką fanką wydania tej książki, a w przyszłości z pewności sięgnę po kolejne tomy. Polecam wszystkim fanom młodzieżowych trylogii, gdzie główna bohaterka, bądź bohater, walczy z nowymi rządami i za wszelką cenę pragnie stworzyć lepsze jutro. Jeśli jednak nie przypadacie za kolejnymi, mało oryginalnymi, powieściami, które są daleką rodziną Igrzysk Śmierci - omijajcie Starter szerokim łukiem. 

MOJA OCENA: 7/10






poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Jak poznałam zakończenie historii miłosnej Teda, czyli kilka słów o finale HIMYM

3 komentarze:
Zanim napiszę o początku czegoś wspaniałego, chciałabym zacząć jednak od końca. Dziwne? Zdecydowanie. Kontynuując, tak jak osiem sezonów, dwadzieścia dwa odcinki sezonu dziewiątego, były po prostu wspaniałe, ze wzlotami i upadkami, ze śmiesznymi chwilami i tymi wzruszającymi, z odejściami bohaterów i z ich powrotami, to zakończenie po prostu mnie zachwyciło. Czym? Tym jak bardzo było prawdziwe

Jedyne co jeszcze można powiedzieć o zakończeniu How I met your mother, to jak bardzo jest kontrowersyjne. Zdaję sobie sprawę ile jest przeciwników zakończenia tego serialu i jak najbardziej szanuję Wasze zdanie oraz odczucia odnośnie tego co zaoferowali nam twórcy. I to co napiszę w tej notce jest tylko i wyłącznie moją własną opinią (i moimi spojlerami), lecz to co się zdarzyło, było najlepszym zakończeniem o jakim mogłam marzyć. I już tłumaczę dlaczego...

Wątek Barneya i Robin - wielkie wesele, legendarna miłość i... bardzo szybki rozwód. I chociaż była to moja ulubiona para z całego serialu, bardzo im kibicowałam, to jednak po tych kilku dniach zrozumiałam, iż było to chyba najlepsze zakończenie ich historii. Bardzo do siebie pasowali, jednak każde z nich miało inną wizję przyszłości. Będąc oddzielnie oboje się spełnili , Robin jako znana dziennikarka, a Barney, cóż, on znalazł miłość swojego życia, będąc przy tym wolnym i właśnie tego chyba poszukiwał przez całe swoje życie. I chociaż dwójka tych bohaterów przechodzi wielkie zmiany w swoich charakterach, a wiele przeciwników zakończenia zarzuca twórcom powrót Barneya do podrywacza, przez co zostaje przekreślona cała jego przemiana, to jednak wiecie - nic nie dzieje się bez przyczyny w naszym życiu. A Robin, cóż, ona zawsze wybierała karierę.

Wątek Teda i Matki - Ach! Jakie to było piękne. Scena pod parasolką przecudna, rozwój znajomości, później zaręczyny, dzieci, ślub. Zbyt wyidealizowane, nie sądzicie?  I tak naprawdę nie mam pojęcia, ile winy w przedstawieniu matki jako wspaniałej, bez wad, idealnie pasującej do Ted, ma on sam, a ile twórcy serialu.  Bo ona była piękna, ze zewnątrz, ale i wewnątrz, ale jak później się dowiedzieliśmy, życie nie było takie idealne jak ona sama. 


Wątek Marshalla i Lily - tutaj liczyłam na dramat. Przygotowałam się na najgorsze, bo halo - podobno zakończenie miało mnie rozbić. Jednak happy end, który dotyczył tej dwójki (a może i nawet piątki, biorąc pod uwagę dzieci) bardzo mi się spodobał i uważam, że zarówno Marshall, jak i Lily, zasłużyli na swoje "i żyli długo i szczęśliwie". Oboje pracowali nad swoim związkiem całe 9 sezonów, razem podejmowali trudne decyzje, przeżywali ciężki chwile i rozwiązywali problemy. To musiało się udać. 


Barney ojcem - jak wspomniałam już w akapicie dotyczącym Barneya i Robin - nasz legendarny podrywacz znalazł to czego szukał całe swoje życie. Sam powiedział, że jeśli nawet Robin go nie zmieniła to żadna kobieta tego nie dokona. Ale znalazł miłość swojego życia, pozostając przy tym wolnym (no nie do końca - "Dziecko płacze, Barney umiera" :D ) i właśnie tego chyba potrzebował. Cała scena z jego córką oraz kwestia, która wypowiedział (de facto w barze mówił, że nigdy nikomu tego nie wyzna) skradła moje serce. 

Śmierć Matki - Chociaż o tym wiedziałam i nie byłam zaskoczona samym faktem tego, że nasza kochana, idealna i piękna Tracy umarła, to jednak nie spodobało mi się przedstawienie tego. W retrospekcjach z całego dziewiątego sezonu, twórcy pokazali nam jeden moment, w którym Ted lekko popłakał i tyle. Myślę, że bardzo spłycono odejście matki, jej chorobie poświęcono jedną scenę i wspomnie, przez jej własną córkę, że przecież odeszła. Wyobrażałam sobie to kompletnie inaczej, bo nawet nie zdążyliśmy jej dobrze poznać, a już musieliśmy się z nią pożegnać. 


Rozpad wielkiej piątki - po części można było się tego spodziewać. Wiadomo - Barney i Robin zostali połączeni sakramentalnym "tak", Lily i Marshall spodziewali się drugiego dziecka, a Ted? On nareszcie poznał tą jedyną. Jednak cała ich "ekipa" była dla mnie takim wzorem przyjaciół, którzy są ze sobą na dobra i na złe, pomagają sobie nawzajem, a przede wszystkim spędzają razem wolne chwile. Wytrzymali całe 10 lat, więc dlaczego nagle nie potrafili sobie z tym poradzić? Najbardziej zawiodła mnie Robin, która kompletnie przestała widywać się z paczką. 

Ostatnie minuty legendarnego serialu - o to jest chyba najwięcej szumu. No bo jak to, no bo dlaczego, przecież Tracy była idealna. Jedyne co nie podobało mi się w ukazaniu tego to reakcja dzieci. Cała postać Teda na końcu pokazano jako słuchającego się swoich dzieci starego ojca, który sam nie wiedział co zrobić i one pchnęły go w ramiona innej. Lecz naprawdę nie ma nic przeciwko związku Robin i Teda, chociaż byłam (nadal jestem) wielką fanką Robin i Barneya. Dlaczego? Cóż... bo takie jest chyba życie? Po co Ted opowiadałaby swoim dzieciom historię o poznaniu ich matki od poznania Robin? Bo tutaj zawsze chodziło o nią. I naprawdę wiele przeciwników, uważa, że tylko Tracy zasługiwała na wspaniałego i romantycznego Ted, a Robin wieczna egoistka, podążająca za karierą zasługiwała na pięć psów. Tylko życie pokazuje nam, że nie zawsze kochamy tych, których powinniśmy. Zostaje nam tylko mieć nadzieję, iż Robin zrozumiała jakim szczęściem w jej życiu jest Ted. A on sam? Cóż, tak jak jego relacje z dziećmi i zbyt wielkie posłuszeństwo lekko mi się nie podobało, to nadal potrafił być romantyczny i przynieść niebieską waltornie pod okno Robin. 

Mam wielki sentyment do How I met your mother i chyba już do końca życia będę wracać do tego serialu. Pokochałam całą paczę, ich wybory i zachowanie, a zakończenie pokazało mi prawdę o życiu. I właśnie o to w historii Teda chodziło. Serial miał w sobie wiele śmiesznych sytuacji, ale nie był do końca typowym sictomem, który ma nas tylko rozbawić, on nas uczył, wzruszał i dawał nadzieję. To była świetna podróż do NY, wraz z Tedem, Lily, Marshallem, Barneyem i Robin. 


wtorek, 18 sierpnia 2015

#160 - "Wiedźmy z Savannah. Źródło" - J. D. Horn

3 komentarze:



Tytuł: Źródło
Autor:J.D. Horn
Okładka: miękka
Ilość stron: 403
Cena detal.: 37,90 zł
Wydawnictwo: Feeria Young
Wydanie oryginalne: 2014 rok
Wydanie polskie: 2015 rok




Kilka miesięcy temu w recenzji Rodu, rozpływałam się nad fantastycznością tej książki i tym jak bardzo mnie wciągnęła. Teraz przyszło mi poznać Źródło, czyli drugi tom magicznych przygód Mercy Taylor. Do książki nie miałam wielu wymagań, chciałam jedynie aby zachowała poziom swojej poprzedniczki i przede wszystkim nie zanudziła mnie na śmierć. Jakie są moje odczucia po skończeniu lektury?

Życie Mercy obróciło się o 180 stopni. Niespełna rok temu sądziła, iż nie ma magicznych umiejętności, a teraz została głową klanu, a granica wybrała ją na kotwiczącą. Poszukuje swojej siostry bliźniaczki, która zaginęła po tym jak zdradziła całą rodzinę. Do tego wszystkiego jest w ciąży, a ojciec jej dziecka również skrywa pewien sekret. Jak Mercy poradzi sobie z tymi problemami oraz powrotem znanej wiedźmy do Savannah? 

Od początku lektury bardzo trudno było mi się w nią wgryźć. Tom pierwszy czytałam niespełna cztery miesiące temu, jednak wystarczyło to, abym zapomniała najważniejszych bohaterów oraz kluczowych wydarzeń. Dlatego czytanie początkowych rozdziałów, było dla mnie wielkim utrapieniem. Dopiero po stu stronach odnalazłam się w świecie wykreowanym przez J.D. Horn i mogłam zacząć cieszyć się lekturą. 

"(...) że chociaż życie cały czas odbiera ci rzeczy i ludzi, których kochałeś, nigdy nie powinieneś przestać się cieszyć, że żyjesz."

Źródło bardzo przypomina Ród. Uważam, że autorka napisała dwa tomy w tak samo dobrym stylu. Książka zawiera wiele momentów, w których naprawdę mnie zaszokowała. Bohaterzy nadal pozostali tymi samymi, fajnymi postaciami, z dobrze wykreowanymi charakterami, a fabuła potrafiła bardzo mnie wciągnąć. 

Źródło jest dobrą kontynuacją przygód Mercy. Książka, tak samo jak tom pierwszy, bardzo przypadła mi do gustu. Chociaż nie jest to lektura najwyższych lotów, a raczej prosta książka skierowana do młodzieży, bardzo ją polubiłam. Świetnie spędziłam przy niej czas, naprawdę przywiązałam się do bohaterów i choć jest wiele innych, lepszych historii, to jednak myślę, że ta o wiedźmach z Savannah jest warta poznania. Już dziś nie mogę doczekać się kolejnego tomu, więc całą serię polecam bardzo mocno i jeśli tak jak ja, chcecie powrócić do młodszych lat, kiedy czytaliście książki o wiedźmach, czarodziejkach i wróżkach - przeczytajcie Ród, a zaraz po nim koniecznie sięgnijcie po Źródło!

MOJA OCENA: 7/10

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Feeria Young.


niedziela, 9 sierpnia 2015

#159 - "Do wszystkich chłopców, których kochałam" - Jenny Han

4 komentarze:




Tytuł: Do wszystkich chłopców, których kochałam
Autor: Jenny Han
Okładka: miękka
Cena detal.: 39,90 zł
Ilość stron: 432
Wydawca: Grupa Wydawnicza Foksla
Wydanie oryginalne: 2014 rok
Wydanie polskie: 2014 rok




Pierwsze zauroczenie jest jednym z piękniejszych uczuć w życiu człowieka. Jednak nieodwzajemnione może przysporzyć więcej bólu i cierpienia, niż radości, czy szczęścia. Każdy radzi sobie z tym inaczej. Jedni próbują zapomnieć, drudzy wręcz przeciwnie - starają się zbliżyć do swojego obiektu westchnień. A co postanowiła zrobić główna bohaterka książki do wszystkich chłopców, których kochałam?

Lara Jean Song, aby zapomnieć o chłopcach, do których potajemnie coś czuje, pisze do nich listy. Wyraża w nich wszystkie uczucia, które w niej "siedzą", pisze to co szczerze dyktuje jej serce. Następnie zakleja kopertę, adresuje ją, a list wrzuca do... pudełka na kapelusze, które kiedyś podarowała jej mama. W ten sposób Lara Jean kończy swoje zauroczenie i raz na zawsze może pozbyć się wszystkich emocji, których boi się wyrażać. Do tej pory napisała pięć takich listów, do pięciu chłopaków, w których była zauroczona. Jednak pewnego dnia, listy trafiają do swoich adresatów, a w życiu Lary Jean zaczynają dziać się bardzo skomplikowane rzeczy. 

Kiedy od kilku dni nie mam ochoty na czytanie, a stos nieprzeczytanych książek rośnie z każdą dobą, sięgam po lekkie książki. Takie, które nie wymagają ode mnie większego myślenia, zajmą mi jeden lub dwa dni, a przede wszystkim przywrócą chęć do czytania innych, trudniejszych i bardziej wymagających pozycji. Do wszystkich chłopców, których kochałam jest książką, która kilka dni temu uratowała moje wakacje, ponieważ dzięki niej znów zapragnęłam czytać. Dzieło Jenny Han jest napisane naprawdę prostym językiem, styl autorki nie jest wyszukany, ani oryginalny, po prostu przyjemnie się go czyta. Cała książka wydaje się dość gruba, liczy sobie ponad 400 stron, jednak rozdziały w niej są bardzo krótkie, również wciągające i całą historię Lary Jean czyta się naprawdę szybko.

"Teraz, kiedy rok się kończy, jestem z Ciebie wyleczona." 

Autorka w swoim dziele skupiła się przede wszystkim na ukazaniu życia nastolatki oraz jej problemów. Chociaż jest to temat powielany w wielu książkach i nie należy do oryginalnych, a samo wykonanie, czy fabuła nie powalają na kolana, Do wszystkich chłopców, których kochałam naprawdę przypadło mi do gustu. Książka zawiera w sobie chwile powagi, ale również i zabawy, stresujących sytuacji oraz tych przyjemnych. Bohaterowie, każdy z nich inny, ale przez to dobrze wykreowany, świetnie dopełniają całą historię. 


Główna postać, czyli Lara Jean Song, już od początku zyskała moją sympatię. Do ostatnich stron książki pozostała moją ulubioną bohaterką, a w każdym rozdziale, bardzo jej kibicowałam. I chociaż członkowie jej rodziny - troszkę zwariowani, ale przede wszystkim ciepli, wspierający oraz kochający, skradli moje serce, to jednak Lara pozostanie moją faworytką. Dzięki temu, iż narratorem w książce była ona sama, czytelnik mógł poznać ją najbardziej, ze wszystkich postaci występujących w książce, mógł zbliżyć się do jej uczuć, myśli, czy poglądów, a to z pewnością nawiązało pewnego rodzaju połączenie czytelnika z bohaterem. Ja, czytając Do wszystkich chłopców, których kochałam, poczułam tą bliskość z Larą i zapewne to sprawiło, iż tak bardzo ją polubiłam.

Książka należy do grona typowych romansideł, które nie przypadną do gustu każdemu. Wiele z Was może uznać to za lekturę niskich lotów i ja w pełni się z tym zgadzam. Jednak nie przeszkodziło mi to w poznawaniu Lara Jean Song oraz jej problemów, które z perspektywy czasu wydają się naprawdę błahe. Do wszystkich chłopców, których kochałam jest połączeniem historii miłosnych i perypetii nastolatki, która sama nie wie co zrobić ze swoim życiem. Być może nie zachęca to do tej lektury, jednak lekki styl autorki, ciekawi bohaterzy i dość oryginalne wydarzenie, które miało miejsce na początku książki, sprawiło, iż ja bardzo wciągnęłam się w tę historię i już dziś nie mogę doczekać się sięgnięcie po kontynuację. Polecam wszystkim, którzy mają chęć na mało wymagającą książką, która Was wciągnie, ale i zaskoczy w odpowiednich momentach. 



MOJA OCENA: 7/10

piątek, 7 sierpnia 2015

Lipiec razy cztery

5 komentarzy:



Czasami zapominam jak bardzo kocham robić to co robię. Tutaj. Na blogu. Jak bardzo kocham zaczynać nowe posty, jak bardzo kocham czytać książki, aby później napisać o nich co nieco własnie tu, na moim własnym miejscu w sieci. I chociaż nawet w tym co nadaje sens naszemu życiu, należy od czasu do czasu stanąć i wziąć głęboki oddech, a nawet trzy, aby ruszyć dalej. Tylko cały problem polega na tym, że ja, tych oddechów, brałam już za dużo. I czas to naprawić. 


Ten post ma być zbiorem tego co ostatnio się u mnie działo lub dziać będzie. Pojęcia nie ma czy wprowadzę tę serię na stałe. Wakacje zrobiły ze mnie jeszcze większego lenia, więc czas coś z tym zrobić i po prostu ruszyć dupę. Dlatego chcę poświęcić koniec wolnego czasu na bloga, recenzje, czytanie i nie tylko. Chcę zacząć (znów) robić coś co da mi wrażenie spełnienia. A jak teraz się nie uda, to chyba już nigdy...



CZYTANIE

W lipcu przeczytałam 10 książek, chociaż wiem, że mogłam więcej. I nie bierzcie mnie w tym momencie za robota, któremu liczy się ilość, a nie jakość, ale miałam tak dużo chwil, które zmarnowałam na wielkie nic. A tyle wspaniałych historii czeka na półce. Lipiec zaczęłam od Co, jeśli..., chociaż pamiętam już tę książkę jak przez mgłę to nasze jedyne wspomnienia są zdecydowanie pozytywne. Następnie sięgnęłam po Toxic - kolejną książkę z serii Zatraceni, która no nie porwała mnie do końca bohaterami, czy wykonaniem, ale przekaz i wartości zawarte w niej zdecydowanie zdobyły moje serce. Kolejna pozycja to Kochanek z Malty, czyli najprostsza, mało wymagająca lektura na lato. Podczas tegorocznej Nocy Książkoholików zaczytywałam się w Przypadki Callie i Kaydena, a książka naprawdę przypadła mi do gustu. Następnie sięgnęłam po Baśniarza, do którego nadal nie mogę się przekonać i do dziś rozmyślam nad jego zakończeniem. 

W międzyczasie podczytywałam Zieloną Milę, która nie należy do łatwych książek i po 200 stronach odłożyłam ją na to aby kiedyś znów do niej powrócić. Obiecuję, że to zrobię.  Na rzecz czego porzuciłam książkę Kinga? Może wydawać się to śmieszne, ale wybrałam najbardziej odmóżdżającą lekturę z mojej półki, czyli Do wszystkich chłopców, których kochałam i bardzo polubiłam tę książkę. Do tego stopnia, że napiszę o niej recenzję, ale, ups, to miała być niespodzianka. Następnie zaczytywałam się we chwalonym i uwielbianym Starterze, który nawet mnie zaciekawił, jednak nie pobił oryginalnością. Kolejne dni straciłam na wymęczenie Malowanego Człowieka, który niestety mi się nie spodobał, a szkoda. Z wielkim zapałem zasiadłam do Wszechświatów, lecz tak samo szybko jak to zrobiłam tak opadł mój entuzjazm i... od tej pory tkwię na 40 stronie. Ten dość ciepły, na pewno leniwy, ale i ciekawy miesiąc zakończyłam powrotem w pewne bardzo bliskie mojemu sercu miejsce, po raz etny wybrałam się do Hogwartu i w lipcu udało mi się przeczytać dwa pierwsze tomy przygód młodego czarodzieja (aktualie jestem w czwartym). I chociaż robię to co roku podczas letnich wakacji, tak jak rok, dwa, trzy, pięć lat temu - świetnie się przy tym bawię! 



OGLĄDANIE


Przed rozpłynięciem się na temat wspaniałego serialu, który zawładną moim sercem i aktualnie gadam tylko o nim, wspomnę o Pretty Little Liars, czyli historii czterech kłamczuch nękanych przez nieznane A. I chociaż dokładnie rok temu napisałam taki oto post (klik) to nadal podtrzymuję wszystko co w nim napisałam. To miało być wielkie "Summer of Answers" i po części nim było, w tę środę czeka nas wielki finał, a ja naprawdę nie mogę się go doczekać. Słaby serial? Naciągany? Jestem chyba zbyt sentymentalna i dlatego nadal kocham historię dziewczyn z Rossewood, a w te wakacje również śledziłam ich losy. 

I chociaż planuję oddzielny post (posty?) o moim odkryciu tegorocznego lata, bo początki tego serialu obejrzałam już w czerwcu, to nie mogę się powstrzymać, aby nie wspomnieć o nim tutaj. Przez 6 dni jedyne co robiłam to spanie, jedzenie i oglądanie How I met your mother. Fabuła serialu nie jest strasznie skomplikowana, główny bohater Ted, postanowił pewnego dnia opowiedzieć swoim dzieciom historię o tym jak poznał ich matkę. Rozgadał się aż na 9 sezonów, no i 6 dni mojego życia. Romantyczna historia Ted i jego wybranki zawładnęła moim sercem i mogę powiedzieć, iż jest to jeden z moich ulubionych seriali. Zapewne nie są to moje ostatnie zdanie na jego temat na blogu, bo z chęcią przeleję wszystkie emocje jakie towarzyszyły mi podczas oglądania, na klawiaturę. 

A na zakończenie całego miesiąca pełnego HIMYM wybrałam się do kina na, uwaga zaskoczenie, ekranizację Papierowych Miast. I może jestem troszkę za stara lub znudzona tymi wszystkimi recenzjami tego filmu, więc nie będę poświęcać mu oddzielnego postu. Powiem tylko tyle, że wiele różniło się od książki (ale podobno to było tylko na podstawach fragmentów, więc chyba tak miało być), ale finalnie film był dobry, lecz jakoś bardzo nie zapadł mi w pamięci. 



SŁUCHANIE


Soundtracki z How I met your mother i Papierowych Miast się liczą?



Planowanie 


To chyba najbardziej wyczekiwana przeze mnie część do rozwinięcia i jeśli przebrnąłeś przez trzy (w tym dwa długie) wcześniejsze to pragnę Ci pogratulować i obiecać, że nie zajmę już tak dużo Twojego cennego czasu. Ale do rzeczy - po pierwsze pisać. Najlepiej wieczorami. Przy otwartym oknie. Z czymś dobrym do picia i And There She Was w tle. Po drugie na temat. Planuję kilka recenzji (np. Do wszystkich chłopców, których kochałam), stosik (tyleee książek, tyleee nowych książek), powrót do przeszłości (nie wiem czy jeszcze pamiętacie serię postów, którą publikowałam w 2013 roku, ale przed jej powrotem chcę ją lekko zmodyfikować), coś życiowego (dosłownie). I jeśli nie będą to książki do recenzji to raczej takim, które okazały się mdłe i szare, nie wyróżniające się złymi, jak i dobrymi cechami, nie poświęcę więcej, niż wspomnienie na blogu, bo na to nie zasługują. 

A to wszytko łączy się również z "po trzecie nie zmuszać się". I nie mówię tu o tym, że zamiast przeglądając bezmyślnie facebooka, specjalnie otwieram bloggera i piszę, tylko o tym, że jeśli coś jest nijakie i ponure to po co znów dodawać notkę o czymś takim? Po czwarte napisać coś życiowego. Nie staję się blogerką lifestylową, broń Boże. Po prostu historie bohaterów książkowych, serialowych, czy nawet osób, które mnie otaczają, od pewnego czasu bardzo mnie inspirują, aby napisać coś głębokiego, ale zarazem lekkiego i pięknego, bo wiecie, oprócz czytania lubię też słuchać muzyki i patrzeć w gwiazdy, jestem niepoprawną romantyczką i wieczną marzycielką. Przyszedł czas aby z tego skorzystać.

Po piąte (i w sumie najważniejsze) czerpać z tego wszystkiego przyjemność, i z życia i z bloga i z czytania i z pisania i z ludzi, którzy mnie otaczają i z bohaterów, którzy i tak kiedyś mnie zostawią i z nadchodzących wydarzeń (tych miłych i tych nie) i z letnich chwil i z pierwszego śniegu i z uśmiechu (swojego i innych). 
Za szablon serdecznie dziękuję Krystianowi :D