poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Jak poznałam zakończenie historii miłosnej Teda, czyli kilka słów o finale HIMYM

Zanim napiszę o początku czegoś wspaniałego, chciałabym zacząć jednak od końca. Dziwne? Zdecydowanie. Kontynuując, tak jak osiem sezonów, dwadzieścia dwa odcinki sezonu dziewiątego, były po prostu wspaniałe, ze wzlotami i upadkami, ze śmiesznymi chwilami i tymi wzruszającymi, z odejściami bohaterów i z ich powrotami, to zakończenie po prostu mnie zachwyciło. Czym? Tym jak bardzo było prawdziwe

Jedyne co jeszcze można powiedzieć o zakończeniu How I met your mother, to jak bardzo jest kontrowersyjne. Zdaję sobie sprawę ile jest przeciwników zakończenia tego serialu i jak najbardziej szanuję Wasze zdanie oraz odczucia odnośnie tego co zaoferowali nam twórcy. I to co napiszę w tej notce jest tylko i wyłącznie moją własną opinią (i moimi spojlerami), lecz to co się zdarzyło, było najlepszym zakończeniem o jakim mogłam marzyć. I już tłumaczę dlaczego...

Wątek Barneya i Robin - wielkie wesele, legendarna miłość i... bardzo szybki rozwód. I chociaż była to moja ulubiona para z całego serialu, bardzo im kibicowałam, to jednak po tych kilku dniach zrozumiałam, iż było to chyba najlepsze zakończenie ich historii. Bardzo do siebie pasowali, jednak każde z nich miało inną wizję przyszłości. Będąc oddzielnie oboje się spełnili , Robin jako znana dziennikarka, a Barney, cóż, on znalazł miłość swojego życia, będąc przy tym wolnym i właśnie tego chyba poszukiwał przez całe swoje życie. I chociaż dwójka tych bohaterów przechodzi wielkie zmiany w swoich charakterach, a wiele przeciwników zakończenia zarzuca twórcom powrót Barneya do podrywacza, przez co zostaje przekreślona cała jego przemiana, to jednak wiecie - nic nie dzieje się bez przyczyny w naszym życiu. A Robin, cóż, ona zawsze wybierała karierę.

Wątek Teda i Matki - Ach! Jakie to było piękne. Scena pod parasolką przecudna, rozwój znajomości, później zaręczyny, dzieci, ślub. Zbyt wyidealizowane, nie sądzicie?  I tak naprawdę nie mam pojęcia, ile winy w przedstawieniu matki jako wspaniałej, bez wad, idealnie pasującej do Ted, ma on sam, a ile twórcy serialu.  Bo ona była piękna, ze zewnątrz, ale i wewnątrz, ale jak później się dowiedzieliśmy, życie nie było takie idealne jak ona sama. 


Wątek Marshalla i Lily - tutaj liczyłam na dramat. Przygotowałam się na najgorsze, bo halo - podobno zakończenie miało mnie rozbić. Jednak happy end, który dotyczył tej dwójki (a może i nawet piątki, biorąc pod uwagę dzieci) bardzo mi się spodobał i uważam, że zarówno Marshall, jak i Lily, zasłużyli na swoje "i żyli długo i szczęśliwie". Oboje pracowali nad swoim związkiem całe 9 sezonów, razem podejmowali trudne decyzje, przeżywali ciężki chwile i rozwiązywali problemy. To musiało się udać. 


Barney ojcem - jak wspomniałam już w akapicie dotyczącym Barneya i Robin - nasz legendarny podrywacz znalazł to czego szukał całe swoje życie. Sam powiedział, że jeśli nawet Robin go nie zmieniła to żadna kobieta tego nie dokona. Ale znalazł miłość swojego życia, pozostając przy tym wolnym (no nie do końca - "Dziecko płacze, Barney umiera" :D ) i właśnie tego chyba potrzebował. Cała scena z jego córką oraz kwestia, która wypowiedział (de facto w barze mówił, że nigdy nikomu tego nie wyzna) skradła moje serce. 

Śmierć Matki - Chociaż o tym wiedziałam i nie byłam zaskoczona samym faktem tego, że nasza kochana, idealna i piękna Tracy umarła, to jednak nie spodobało mi się przedstawienie tego. W retrospekcjach z całego dziewiątego sezonu, twórcy pokazali nam jeden moment, w którym Ted lekko popłakał i tyle. Myślę, że bardzo spłycono odejście matki, jej chorobie poświęcono jedną scenę i wspomnie, przez jej własną córkę, że przecież odeszła. Wyobrażałam sobie to kompletnie inaczej, bo nawet nie zdążyliśmy jej dobrze poznać, a już musieliśmy się z nią pożegnać. 


Rozpad wielkiej piątki - po części można było się tego spodziewać. Wiadomo - Barney i Robin zostali połączeni sakramentalnym "tak", Lily i Marshall spodziewali się drugiego dziecka, a Ted? On nareszcie poznał tą jedyną. Jednak cała ich "ekipa" była dla mnie takim wzorem przyjaciół, którzy są ze sobą na dobra i na złe, pomagają sobie nawzajem, a przede wszystkim spędzają razem wolne chwile. Wytrzymali całe 10 lat, więc dlaczego nagle nie potrafili sobie z tym poradzić? Najbardziej zawiodła mnie Robin, która kompletnie przestała widywać się z paczką. 

Ostatnie minuty legendarnego serialu - o to jest chyba najwięcej szumu. No bo jak to, no bo dlaczego, przecież Tracy była idealna. Jedyne co nie podobało mi się w ukazaniu tego to reakcja dzieci. Cała postać Teda na końcu pokazano jako słuchającego się swoich dzieci starego ojca, który sam nie wiedział co zrobić i one pchnęły go w ramiona innej. Lecz naprawdę nie ma nic przeciwko związku Robin i Teda, chociaż byłam (nadal jestem) wielką fanką Robin i Barneya. Dlaczego? Cóż... bo takie jest chyba życie? Po co Ted opowiadałaby swoim dzieciom historię o poznaniu ich matki od poznania Robin? Bo tutaj zawsze chodziło o nią. I naprawdę wiele przeciwników, uważa, że tylko Tracy zasługiwała na wspaniałego i romantycznego Ted, a Robin wieczna egoistka, podążająca za karierą zasługiwała na pięć psów. Tylko życie pokazuje nam, że nie zawsze kochamy tych, których powinniśmy. Zostaje nam tylko mieć nadzieję, iż Robin zrozumiała jakim szczęściem w jej życiu jest Ted. A on sam? Cóż, tak jak jego relacje z dziećmi i zbyt wielkie posłuszeństwo lekko mi się nie podobało, to nadal potrafił być romantyczny i przynieść niebieską waltornie pod okno Robin. 

Mam wielki sentyment do How I met your mother i chyba już do końca życia będę wracać do tego serialu. Pokochałam całą paczę, ich wybory i zachowanie, a zakończenie pokazało mi prawdę o życiu. I właśnie o to w historii Teda chodziło. Serial miał w sobie wiele śmiesznych sytuacji, ale nie był do końca typowym sictomem, który ma nas tylko rozbawić, on nas uczył, wzruszał i dawał nadzieję. To była świetna podróż do NY, wraz z Tedem, Lily, Marshallem, Barneyem i Robin. 


3 komentarze:

  1. Jako, że jestem facetem i serial nie dla mnie to bardzo miło czytało mi się ten wpis. Masz przyjemny, lekki styl :)
    Pozdrawiam!
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję! :)
      A co do serialu... ja sama sięgnęłam po niego przez dwójkę kolegów, więc myślę, że i Ty znalazłbyś w HIMYM coś dla siebie :D
      Również pozdrawiam,
      Paulina :)

      Usuń
  2. Teraz, jak już nieco ochłonęłam i przeczytałam cały Twój post, muszę przyznać Ci rację. Nie widzę Robin z nikim innym niż z Barney'em i mimo wszystko kibicowałam im od drugiego sezonu, ale tak jest chyba lepiej. Może prawdziwej, może mniej cukierkowo :/ (Chociaż wciąż jestem na nie, 1000 razy nie nie i nie) Też mnie rozczarowało to, jak mało poświęcili umierającej Matce, ale Robin, której wiecznie nie ma i która zdystansowała się od całej paczki... no, to zabolało prawie tak samo jak informacja o rozwodzie. Prawie.
    Ale też będę kochać ten serial do końca życia i odświeżać ulubione odcinki pomimo tego bólu, który wciąż we mnie siedzi </3

    OdpowiedzUsuń

Drogi czytelniku!
Dziękuję za każdą pozostawioną opinię. Jestem mi niezmiernie miło, gdy czytam pozostawiony przez Ciebie komentarz :) Dziękuję za poświęcony czas i docenioną pracę.

Za szablon serdecznie dziękuję Krystianowi :D